Odwiedzin: 1629213 
 
Meteo











































  Australia 2011 #1  
  25 grudnia 2010r.

Pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, zamiast spędzać w rodzinnym gronie, grupa oszołomów poświęca na lot do Australii. Poganiani prognozami pogody i padającym śniegiem, prawie tuż po pasterce - bo o 4:30 - ruszamy do Warszawy. Z Aeroklubu Poznańskiego w wyprawie biorą udział Piotr Haberland, Piotr Halt i Radek Górzeński. Wojtek Nowaczyk nas śpiących dowozi do Jurka Makuli w Jankach już na godzinę 9:00. Oprócz Jurka do Australii pojedzie też z nami junior Jasiu, który dopiero co, latem 2010 wyszkolił się podstawowo szybowcowo w Aeroklubie Poznańskim w wieku 16 lat. W Australii naszym kompanem będzie Wiesiek Myszak zwany Speedy Wies, czyli po naszemu Szybki Wiesiek. Przebywający aktualnie w Nowej Zelandii Piotr Bobula obiecuje odwiedzić nas w Sylwestra w Australii.

Jedziemy do ośrodka szybowcowego Narromine. Podobno jest bezpiecznie, duże i płaskie pola do lądowania, termika bezchmurna a niekiedy chmurowa nawet do 3000-4000m no i brak ograniczeń ruchowych. No i 40°C gdy w Polsce tymczasem poniżej 0°C.

U Jurka spędzamy to świąteczne przedpołudnie raczeni smakowitym obiadem. Przepakowujemy bagaże główne, tak by u wszystkich uzyskać 23kg. Oglądamy zdjęcia z poprzednich wypraw Jurka na antypody. A na nich kangury kicające po drogach, papugi obsiadające druty telefoniczne jak u nas gołębie czy 80-kołowe "pociągi" samochodowe. Ponoć bywa i 40°C, rośnie prawdziwy pieprz i pachnie eukaliptusem. Zobaczymy.

Ruszamy na Okęcie gdzie nasze drogi się rozchodzą. Piotr Halt - samotny łowca - leci przez Frankfurt, reszta przez Londyn. Na pokładzie B-737 400 PLL LOT zostajemy zaproszeni do pustej dziś bussines class'y. Czy to nasz wdzięk osobisty sprawił? Chyba nie tylko :-)

W Warszawie pogoda wszawa, zaraz po starcie wchodzimy w chmury. Ale za to na wysokości przelotowej 11km lecimy z prędkością 850km/h w pełnym słońcu nad morzem białych obłoków.

Bussines class’a to bussines class’a. Choć to co prawda nie to co świąteczny posiłek w rodzinnym gronie, ale jednak ten zaserwowany jest bardzo smaczny. Może menu nie do końca świąteczne, ale czekoladowy cukierek budzi skojarzenia.

W tej miłej atmosferze spędzamy 2 godziny przelatując m.in. nad Poznaniem. Na potrzeby wyprawy ks. Tomek Sielicki, generał Towarzystwa Chrystusowego i członek Aeroklubu Poznańskiego, użyczył nam satelitarnego trackera, dzięki któremu będzie można śledzić naszą aktualną pozycję. W samolocie nie można go stosować, więc na ciągły podgląd trzeba będzie poczekać do Australii.

Klify w Dover rzeczywiście wydają się być na wyciągnięcie ręki od francuskiego Calais. W Londynie 0°C, dzięki dużo lepszej niż w Polsce pogody, oczom ukazuje się rzadki w tym rejonie widok - ośnieżone pola. Wdzięcznie wije się Tamiza, widać blokady przeciwpowodziowe. W zasięgu wzroku pojawia się też znany budynek o ciekawej architekturze - tzw. londyński ogórek.

Na Heatrow przemieszczamy się autobusem do innego terminala. Tu spędzamy 5 godzin w oczekiwaniu na kolejny samolot. Potwierdzeniem faktu pracy Polaków na wyspach jest pierwsza z brzegu kelnerka serwująca nam kawę. Szybko okazuje się że mówi po polsku.
.
Znów nasze drogi się rozdzielają Makula & syn kombinują jak koń pod górkę żeby psim swędem załapać się na nasz samolot (jako personel latający wciskają się w wolne miejsca w niższej cenie). Gdy już wizja londyńskiego hotelu jest bliska - ani w BA ani w Qantas nie ma miejsc - na kilkanaście minut przed końcem boarding time - udaje im się dostać na pokład.

Z prawie godzinnym opóźnieniem startujemy B-747 400. W Londynie prawdziwa zima -4°C. Przed nami ponad 12 godzin lotu. Na pokład udaje nam się przemycić świąteczne kanapki. Widać nie taka świńska grypa i choroba szalonych krów straszna jak ją malują. A kanapki - bezcenne, za resztę zapłacisz Master Card. Po kanapkach i smacznym pokładowym posiłku zapadamy w ponad 6-godzinną drzemkę.

26 grudnia 2010r.

Po pobudce okazuje, że przed nami jeszcze 4 godziny lotu. Lecimy właśnie nad Indiami przy granicy z Nepalem - Himalaje są na wyciągnięcie ręki. W Polsce godz. 8:00, a w Sydney juz 18:00.

Nasza wyprawa jeszcze sie dobrze nie zaczęła, a my juz kompletujemy w myślach ekipę na przyszły rok. Tymczasem Flight Entertainment System pozwala nam przetrwać trudy podróży. Wybór filmów może niezbyt imponujący, ale zawsze coś się znajdzie np. ToyStory 3. Lecąc z prędkością 1000km/h na wysokości 11km przychodzi czas na chwilę relaksu - gimnastykę inflight. Przykład daje cpt. Makula - widać, że chłop zna się na rzeczy.

Znakiem upływającego czasu jest kolejny posiłek - zbliżamy się powoli do celu jakim na razie jest Singapore. Stamtąd, po półtoragodzinnej przerwie czeka nas jeszcze 7-godzinny lot do Sydney.

Wraz z nadciągającym zachodem zbliżamy się do miejsca lądowania. W porcie obserwujemy zmasowany ruch statków towarowych, u nas takiego nie uświadczysz, widać że wyspa uzależniona od morskich dostaw. W samo południe czasu polskiego, o 19:00 czasu lokalnego, po 12:15 lotu i 11350km lądujemy w Singapore. Wita nas 28°C i higienicznie sterylny terminal - jakaś odmiana po niezbyt schludnym Heathrow.

Spółce Makula & son nie udaje sie załapać na nasz samolot, dolecą zatem do Sydney 4 godz. po nas.

Tym razem lecimy B-777 British Airways. Ale ponieważ, jak wiadomo, ważne jest wnętrze, cieszą nas również wygodne fotele. Startujemy z godzinnym opóźnieniem, o 21:05, w Polsce 14:00, nam przez cały 7-godzinny lot będą towarzyszyć egipskie, a może raczej australijskie ciemności. Lekko już zgłodniali z utęsknieniem oczekujemy na posiłek. Po całkiem zjadliwym obiadku zapadamy w 3-godzinną drzemkę, w jednym przypadku wspomaganą tabletką Stillnox.

27 grudnia 2010r.

Wczesnym rankiem zjadamy śniadanko i o pierwszych promieniach słońca o 7:00 rano (21:00 w Polsce) lądujemy w Sydney, deszczowym i chłodnym - ledwie 22°C. Chmury na 500m. Gdzież te 40°C i cumulusy? Ale może i dobrze, będzie łatwiejsza akomodacja. Dzięki podwójnemu snowi (2 x 3-5 godz.), mimo długiej podróży, jesteśmy "na fleku". Z domu wyruszyliśmy o 4:30 rano, dotarliśmy na miejsce (do mieszkania Wieśka) o 22:30 czasu polskiego - razem 42 godziny.

Po chwili ląduje Piotr Halt. Ekipa poznańska jest zatem w komplecie. Jedziemy do Wieśka na śniadanie i refreshment.

Ruch lewostronny wygląda ciekawie. Ponoć w Australii występuje 30 spośród 50 istniejących na świecie jadowitych węży. Na szczęście Wiesiek przez 24 lata w Australii nie widział żadnego z nich na wolności. Zobaczymy jak damy sobie radę.

U Wieśka zjadamy obfite śniadanie i pozostaje nam już tylko czekać na przylot duetu Makulów. Piotr Halt - samotny łowca - wyrusza na piesze łowy po okicy. Po chwili, o 12:30, docierają Jurek z Jaśkiem, jesteśmy zatem wszyscy w komplecie. Co ważne - również bagaże nie pobłądziły.

Ponieważ dysponujemy tylko 5-osobowym samochodem, o godz. 16:00 Jurek z dyrektorem polecą samolotem do Dubbo, skąd dojadą do Narromine. Reszta, czyli Wiesiek, Piotr Halt, Radek i Jasiek zwiedzą jeszcze wieczorem Sydney, a 28 grudnia 2010r. dojadą samochodem do Narromine (500 km), po drodze zabierając z Temory wózek z szybowcem SZD-55.

Popołudniem wybieramy się na spacer po Sydney. W programie oczywiście Harbour Bridge (na którego przęsłach komercyjna firma organizuje przechadzki za A$180) oraz Opera House. Po drodze przejeżdżamy przez dzielnice (sic!) Haberfield i obserwujemy kangury na choince. Wieczorem na żer wyruszają całe chmary nietoperzy wielkości wron czy może nawet kruków. Strach się bać.

W końcu zmęczenie zwycięża i zapadamy w pierwszy australijski sen.

28 grudnia 2010r.

Dziś ruszamy autkiem do Narromine. Pojedziemy przez Temorę, gdzie u Ozi’ego Toma Gilberta odbierzemy szybowiec SZD-55, na którym będziemy latać.

Dla ułatwienia Australijczyków będziemy nazywać Ozi, Nowozelandczyków Kiwi. Oba narody wzajemnie z siebie drwią i żartują, jak to zwykle bywa między sąsiadami. Aktualnie ze względów ekonomicznych Kiwi emigrują za pracą do Australii. Śmieją się oni przy tym, że w wyniku tej emigracji rośnie poziom inteligencji w obu narodach :-)

No ale wróćmy na drogę. Ruch lewostronny – dziś Radek i Piotr jadą dłuższe odcinki jako kierowcy. Odbywa się bez gegenfahreh’owania ale na krzyżówkach i rondach jest często zagwozdka, który pas zająć po manewrze.

Choć kraj w różny sposób przypomina USA, to jednak samochody są zdecydowanie bardziej europejskie, sporo jest „japończyków”, nie ma wcale wielkich pickupów, za to TIR’y są słusznych rozmiarów i wyglądu. Używany jest metryczny system jednostek (kg, km/h itd.). Funkcjonuje komunikacja miejska, są też chodniki dla pieszych.

Światła mijania nie są wymagane, pasy tak. Drogi równe, choć dosyć głośne – grube kruszywo. Choć są one w większości takie jak u nas – 2 pasy i ew. pobocze – jedzie się bardzo dobrze, gdyż wszyscy utrzymują dopuszczalne 100-110km/h, przy czym samochodów jest na drogach bardzo mało. Na całej dzisiejszej 700 km trasie tylko kilka razy jesteśmy zmuszani kogoś wyprzedzać. Spotykamy za to policjanta mierzącego w nas radarem, sporo kamer jest też w Sydney – prędkościowych i świetlnych (tzw. red light’y). Benzyna kosztuje ok $A 1,30.

Wyjeżdżając poza tłoczne Sydney odnosi się wrażenie wielkiego pustkowia. Jakie to pustkowie ilustruje stosunek gęstości zaludnienia – w Polsce to 121 os/km2, w Australii 2,8 os/km2 – i to jeszcze skupionej w kilku większych miastach (razem 22 mln). Krajobraz zaczyna wreszcie przypominać Australię – rozległe pola, nieliczne eukaliptusy (gum tree). Tam gdzie trawa odkrywa ziemię widać jej czerwony kolor. Na znacznych obszarach tracimy zasięg GSM.

Nazwy miejscowości mają pochodzenie w większości aborygeńskie. Brzmią zupełnie nieangielsko – ale dość ciekawie. Wagga Wagga, Cootamundra, Mittagong, Wyalong czy Toowoomba.

Dostrzegamy znaki ostrzegające przed kicającymi po drodze kangurami. Zresztą spotykamy trzy sztuki – dwie „śpią” na poboczach, a trzeciego leżącego od dłuższego czasu na środku drogi nie udaje nam się wyminąć :-( Może jutro będziemy mieli więcej szczęścia. A swoją drogą co kraj to zwierzątko – u nas sarny, w Finlandii łosie, w Australii kangury. O szybę w pewnym momencie rozbija się spore stado owadów – widać wjechaliśmy w chmarę szarańczy, której tu nie brakuje.

Dziś rozpieszcza nas pogoda. Po wczorajszym chłodzie w Sydney, teraz mamy prawie bezchmurne niebo z nielicznymi rzadkimi cumuluskami. Temperatura 27°C. Gdy spędzamy pół godziny na dworze w Temorze, czujemy już ciepło na skórze – wieczorem odnajdujemy ewidentne dowody opalenizny – na szczęście bez drastycznych skutków. Ale już jutro trzeba się będzie dobrze zabezpieczyć.

W Temorze na lotnisku odbieramy SZD-55, na którym będziemy latać. Pakujemy do wózka i ruszamy w 300km trasę do Narromine. Po drodze spotykamy coraz więcej papug. O ile w Sydney ich właściwie nie było, tu jest ich pełno – tyle ile w Polsce gołębi. Sporo jest czerwonych papug (wielkości właśnie gołębi) z czerwonym umaszczeniem i białą główką. Latają wszędzie w parach – papużki nierozłączki. Przy drogach rosną eukaliptusy – po roztarciu w ręku listka czuć zapach olejku. Ponoć w Narromine rosną drzewa pieprzowe, które nie dosyć że same pachną pieprzem, to jeszcze można z nich zrywać całymi garściami prawdziwy pieprz, dużo bardziej aromatyczny niż ten „sklepowy”. Było nie było, jesteśmy w kraju, w którym „pieprz rośnie”.

Pomimo sporego nasłonecznienia niewiele jest kolektorów słonecznych. W sumie w tym rejonie świata ich główne przeznaczenie to przygotowanie ciepłej wody użytkowej. Zapotrzebowanie energii do ogrzewania jest niewielkie, temperatury nawet na południu kraju nie spadają poniżej 0°C. Za to widać jaki towar jest deficytowy - na każdym WC jest naklejka informująca ile wody jest zużywane przy pełnym spłukaniu jak i przy częściowym. Choć akurat teraz wody w Australii chyba aż tak bardzo nie brakuje – właśnie skończyły się powodzie, ale woda jeszcze miejscami stoi na polach.

W pewnym momencie konstatujemy z pewnym zdziwieniem, że słońce – w samo południe – znajduje się na … północy :-) Oj, trzeba będzie uważać podczas lądowania w polu, żeby kierunku nie oceniać wg polskiego pojmowania orientacji geograficznej.

W mijanych miejscowościach widać sporo historycznych budynków, nawet z końca XIX i początku XX wieku. Cóż, w kraju nigdy wojny nie było (poza japońskimi bombardowaniami, np. Darwin). A i ustrój się gwałtownie nie zmieniał. W Polsce mamy tyle nowych obiektów – galerii, sklepów, pływalni czy stacji benzynowych. A tutaj człowiek wchodzi do toalety na stacji benzynowej i odnosi wrażenie jak by w Polsce cofnął się w lata 60-te. No, może to lekka przesada, nie jest aż tak źle, ale wiele obiektów nosi na sobie znaki nadgryzienia czasem.

Kraj stoi na rolnictwie. „Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem”. Aktualnie kończą się żniwa, po polach uganiają się kombajny, po drodze widzimy sporo silosów, a wzdłuż nich linie kolejowe – chyba dość rozwinięta ich sieć jest w Australii.

Dojeżdżamy do Narromine już o zmroku. Kawałek przed miejscowością zatrzymujemy się obejrzeć niebo. Wygląda rzecz jasna inaczej niż u nas. Tym jednak co najbardziej fascynuje jest liczba gwiazd którą widzimy. Ze względu na brak skupisk ludzkich i źródeł światła widać ich dużo więcej niż w największym polskim interiorze.

W Narromine jesteśmy o 22:15. Czekają już na nas Jurek z Piotrem. Dziś zrobili krótkie loty po kręgu, potem polatali 2 godziny na termice na Duo Discusie.

Prognozy na najbliższe dni są bardzo dobre. Ma być coraz cieplej. Jutro już 29°C, potem grubo ponad 30°C. Może na dotychczasowej bezchmurnej pojawią się obiecywane cumulusy o podstawach 4000 m. Zobaczymy. Na razie pożywiamy się na grillu przygotowanym przez Jurka i Piotra. Szczęśliwie w hotelu dysponujemy szybkim bezprzewodowym internetem. Jeśli tylko zmęczenie nie przeszkodzi, postaramy się wrzucać zdjęcia i relacje w miarę na bieżąco.

29 grudnia 2010r.

Zaczęło się latanie i, jeśli będzie tak intensywne jak dziś, to zaczną się problemy z regularnością relacji. A zatem teraz krótko, bo tubylcy twierdzą, że jutro będzie dobra pogoda.

Dziś zrobiliśmy loty sprawdzające, na dwusterach i jednosterach. Pogoda taka polska - podstawy 2000m, sporo cumulusów, tyle że strasznie porwane kominy i trudne do centrowania. Latamy na Discusie B, LS-4, SZD-55 i Duo Discusie. Na tym ostatnim Piotr z Radkiem zrobili rekreacyjnie niedeklarowane 175km, którego elementy można zobaczyć na spocie. Tutaj zresztą spoty są obowiązkowe, każdy pilot w klubie musi latać z czymś takim.

Lotnisko spore, co widać na zdjęciach. Ograniczeń ruchowych właściwie nie ma. Jakiś ruch odbywa się w pobliskim Dubbo, ale zasadniczo organizatorzy proszą aby mieć tylko oczy szeroko otwarte.

Wracając z lotniska spotykamy żółwia. Przechodzi przez drogę więc mu pomagamy żeby nie skończył źle.

Tyle na dziś. Reszta w galerię ze zdjęciami. Zbliża się kolejny lotny dzień.

30 grudnia 2010r.

Dziś mamy pierwszy ostry lotny dzień. Cumulusy wyskakują bardzo wcześnie. Oba Piotry lecą na Discusie Duo, Wes na SZD-55 a Radek na Discusie B – wszyscy od razu na 300 km – jak szaleć to szaleć. Narromine – Tullamore – Nyngan – Narromine. Jasiu Makula robi 5 godz. i 50 km – Narromine - Nevertire – Narromine – warunki do srebrnej odznaki. A Makula senior siedzi na ziemi i się stresuje :-)

Dziś podstawy 2700m, noszenia uśrednione 3-4 m/s. Wszyscy oblatują trasę, Jasiu robi swoje 5 godzin.

W ciągu dnia dociera do nas z Nowej Zelandii Piotr Bobula. Po lotach wskakujemy do basenu i robimy grilla. Jak zwykle Jurek – szef kuchni – piecze smakowite australijskie steki.

Wieczorem z dziupli koło grilla wychodzi possum. Taki australijski torbacz wielkości kota. Idzie na żer.

Jutro znów szykuje się ostre latanie.

31 grudnia 2010r.

Miło tak polatać w Sylwestra. Niezrażeni brakiem cumulusów wyciągamy zatem patyki. Jurek leci dziś z Piotrem Bobulą na Duo Discus’ie, Piotr Haberland na Discusie, Janek na LS-4, a Radek na SZD-55. Lecimy na trójkąt 300km, ten sam co dzień wcześniej - Tullamore – Nyngan. Temperatura 37°C.

Wes z Piotrem Haltem zostają na lotnisku, Piotr idzie przejść się po Narromine – fotki z eskapady w galerii. Nad rzeką widoczny jest ciągle jeszcze podwyższony stan wód. Skutki powodzi w Nowej Południowej Walii nie są aż tak dotkliwe jak w Quennstown, gdzie ciągle jeszcze padają monsunowe deszcze. Niemniej o tym, że na polach ciągle stoi woda przekonujemy się co dzień nie tylko z powietrza ale także boleśnie zabijając wieczorami dziesiątki komarów - które zwykle o tej porze roku tutaj nie występowały.

Tymczasem dzisiejsi piloci w powietrzu przekonują się, że nie zawsze taka różowa Australia jak ją malują. Choć zasięg termiki dochodzi do 2100-2400m, to jednak noszenia są dosyć poszarpane i nie przekraczają 1,0-1,5 m/s. No i cały czas błękit. Janek ze względu na późny start spowodowany ucieczką powietrza z kółka lata już tylko na termice w okolicach lotniska, Piotr po odbiciu znad ziemi na 300m i lewitacji w pobliżu lotniska agro w Tullamore wraca do Narromine. Piotr z Jurkiem i Radek oblatują trasę, choć prędkości nie są rewelacyjne. Najwięcej emocji ze wspólnego lotu mają Jurek i Piotrek – nic tak nie łączy jak wspólny przelot na dwusterze. Szczęśliwie jednak dolatują i chociaż mają różne koncepcje co do trafności podejmowanych podczas lotu decyzji są zadowoleni że wrócili do domu. Radek tym lotem w Sylwestra zwiększył swój łączny nalot na szybowcach do 1000 godzin i 11 minut.

Wieczorem jedziemy na sylwestrowe party do aeroklubu. Wcinamy owoce morza, trochę owoców, loty i ciasto, i o 22:00 jest już po imprezie.

Nie pozostaje nic innego jak dokończyć imprezę w motelu. Oglądamy transmisję fajerwerków z Sydney (czytaj więcej) – a jak się telefonicznie dowiadujemy to samo nasze rodziny oglądają w Polsce. Składamy życzenia – 10 godzin wcześniej niż zwykle - i idziemy spać. Jutro ponoć ma być 38°C i cumulusy :-)

1 stycznia 2011r.

Dziś w ekipie duży dystans do latania. Temperatura w ciągu dnia osiąga 36.1°C, a wilgotność spada poniżej 30%. Na niebie nieliczne cumulusy, ponoć mogą mieć nawet 3500m. Ale w ekipie brak entuzjazmu. Startują tylko Wes i Janek, a Jurek z dwoma Piotrami jadą do Dubbo.

Pogoda okazuje się taka sobie, Wes z Jankiem wiszą kilka godzin, ale nie ma rewelacji, 2500m podstawy i noszenia 1,0-1,5 m/s średniego.

W międzyczasie robimy pranie. Oczywiście suche jest w przeciągu kilkudziesięciu minut od wywieszenia.

Motel Peppercorn sąsiaduje - jak sama nazwa wskazuje - z plantacją drzew pieprzowych, na której znajduje się pole golfowe. Niestety ten rok chyba przyniósł z sobą klęskę nieurodzaju - pieprzu jest jak na lekarstwo.

CO do samego Narromine to ma ono ok. 3500 mieszkańców. Dosyć ciekawy przepis obowiązuje w centrum. Otóż samochody w większości miejsc mogą parkować tylko tyłem. Wygląda to dość ciekawie, ale ma swoje uzasadnienie - wyjazd z parkingu bezpośrednio na ulicę samochodem ustawionym przodem do jezdni wydaje się być bezpieczniejszy. A może to tylko złudzenie?

Jutro prognozy zapowiadają burze. Zobaczymy jak one będą wyglądały w australijskim wydaniu. Tymczasem zabieramy się za steki z kangura :-)

2 stycznia 2011r.

Dziś prognozy pogody nie są zbyt zachęcające. Do Narromine podchodzi front. Prawdopodobnie przed frontem zrobią się warunki do latania, jednak trudno będzie wyłożyć jakąś konkretną trasę, a WDPN nie jesteśmy zainteresowani. Z kolei późnym popołudniem przewidywane są burze.

Wybieramy zatem inny wariant. Jedziemy do Dubbo do winnicy Red Earth Estate Vineyard, której właścicielem jest Kenneth Borchardt. Ken jest szybownikiem, w latach 80'tych wykonał z Narromine przelot 1000km, a w 1974 w Waikerie podczepiał liny do szybowców podczas Mistrzostw Świata - kto wie, może także polskim pilotom?

Ken polewa, wino jest wyśmienite, humory dopisują. Pokazujemy Kenowi filmy z Bezmiechowej, rozmowy dotyczą wina i latania. Ken prowadzi nas do hali technologicznej z amerykańskimi i francuskimi beczkami do wina. Urządzenia do produkcji głównie produkcji włoskiej. Po 2 godzinach wyjeżdżamy z Red Earth Estate Vineyard objuczeni 30 butelkami wina i innych wiktuałów.

Wracając do Narromine stwierdzamy, że decyzja odpuszczenia latania nie była błędna - potężny Cb rozlał się nad naszym terenem, po chwili zaczyna grzmieć i padać. Spotkani później piloci potwierdzają co prawda fajne warunki (np. 60km bez krążenia), ale nie chwalą się żadnym konkretnym przelotem.

Po południu opuszcza nas Piotr Bobula, który wraca już do Nowej Zelandii. Piotrowi na pewno pozostanie w pamięci wspólne 300km z Jurkiem na Duo Discusie. W tym roku z jego zaproszenia do Nowej Zelandii już nie skorzystamy, ale w przyszłym roku kto wie?

Wieczorem jedziemy do klubu na zwyczajowe niedzielne barbeque. Wciągamy steki (z których słynie Australia), jakieś sałatki i całkiem niezłe słodkie. Potem zapraszamy obecnych na pokaz filmów, głównie na temat startów grawitacyjnych w Bezmiechowej oraz idei klas lotniczych. Grawitacja robi duże wrażenie, podobnie jak wyświetlona później akrobacja na Fox'ie w wykonaniu Jurka i samolotowa grupy akrobacyjnej ?elazny. Australijczycy pokazują film na temat lokalnego zjawiska Morning Glory i latania z jego wykorzystaniem na motoszybowcach.

Wes sporo opowiadał nam o kangurach, między innymi o tym, że przebywając na lotnisku będziemy mogli je zobaczyć w pobliskim lasku, że w dzień śpią a nocami wychodzą na żer, że lubią też żerować po deszczu itd. Minął już ponad tydzień pobytu w Australii, a po kangurach ani śladu (jeśli nie liczyć rozjechanych na drogach, ale kto tam wie co to tak naprawdę było?). Tak więc Wes podpuszczany naszymi stwierdzeniami "kangury nie istnieją", bierze nas w off-road'ową przejażdżkę w poszukiwaniu kangurów w pobliżu lotniska. Poddaje się po pół godzinie, w którym to czasie natykamy się na parę lisów i kilka zajęcy. Jednym słowem bieda - kangurów w Australii nie uświadczysz!

Jeżdżąc nocą dookoła lotniska (posiadającego dwa asfaltowe pasy 1100 i 1500m oraz kilka trawiastych 800-1000m) konstatujemy, iż jest ono cały czas oświetlone, pracuje także obrotowy szperacz pozwalający na odnalezienie z większej odległości. Ot, trochę inna cywilizacja lotnicza.

Jutrzejszy dzień nie zapowiada się jeszcze zbyt dobrze, ale za to kolejne powinny już przynieść pofrontową, lepszą pogodę.

3 stycznia 2011r.

Informacyjnie powodzie, o których donoszą media, dotyczą północnych rejonów Australii. W Queensland padają monsunowe deszcze - stąd taki efekt. My jesteśmy w Nowej Południowej Walii - trzy tygodnie temu była tu powódź, teraz jeszcze gdzie niegdzie stoi woda, ale ogólnie sytuacja jest opanowana.

Pogoda dziś znów frontowa, od rana rozlane górne pokrycie wisi nad Narromine. Być może będzie petarda, ale tylko lokalnie, potem mogą być burze i wytłumi termikę. Zwlekamy z decyzją. Beryl (szefowa Narromine Gliding Club) sama odradza latanie ze względu na burze.
Wybieramy się zatem do Peak Hill Gold Mine - kopalni złota w Peak Hill. Kopalnia jest już nieczynna, turystom udostępnia się ścieżkę widokową dookoła odkrywkowej części kopalni. Ale górnictwo w tym rejonie nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa - cena złota idzie w górę, ponoć ponownie ma być otwarta kopalnia w Peak Hill, a zupełnie nowa ma powstać w Tomingley. W kopalni natykamy się na motyle - dwukrotnie większe niż znane nam popularne polskie okazy.

Po zwiedzeniu kopalni wstępujemy do pub'u. Sącząc piwko pytamy o bumerangi. Niestety jest trochę późno, nic tu już nie kupimy. Ale ponoć 60% mieszkańców to Aborygeni, może jednak uda się znaleźć jakąś bumerangową manufakturę.

W Tomingley - na powrocie - Wes znów zaciąga nas do knajpy. Twierdzi, że to taki australijski zwyczaj - zwiedzanie knajp. Faktem jest, że w małych wioskach, rzeczywiście życie skupia się w tych knajpach - nawet bankomat umieszczony jest we wnętrzu.

Wracamy do motelu z silnym zamiarem konsumpcji australijskiego steka. Po drodze robimy jeszcze zakupy w supermarkecie - kupujemy m.in. passionfruit - Wes mówi, że to dobry lokalny owoc. Po czasie okazuje się że w Polsce też dostępny jako passiflora.

4 stycznia 2011r.

Po kilku dniach frontu wreszcie przychodzi dobra pogoda. Wyskakują cumulusy, nawet z lekką tendencją do kitowania. Ojciec Dyrektor i Janek lecą na diamentowe 300km - Piotr na Duo Discusie, Janek na LS-4. Do tego Wes wybiera się na SZD-55 na jakąś dłuższą traskę.

Ich postępy na trasie można na bieżąco śledzić na tej stronie, wybierając następujące ścieżki: IOU-06 dla Piotra, DGI-02 dla Janka i ITB-04 dla Wesa.

Patrzymy na wskazania tracker'ów; nasi dzielni cowboy'e coś nie są chętni do odchodzenia, ale szybka kontrola stacji meteo w Trangie daje nam informację o wysokości podstaw: temperatura suchego 27,6°C, punktu rosy 17,5°C, zatem podstawa ma jakieś 1250m; stąd pewnie zwlekanie z decyzją. Po pół godzinie podstawa podnosi się do 1450m, mamy nadzieję że chłopaki zaraz odejdą.

Chłopaki zgłaszają się na częstotliwości 122.9 MHz. Standardowa w Narromine to 126.7 MHz. Nabijamy też roaming dwoma telefonami.

Tymczasem Wes zrzuca wodę i zgłasza z wiatrem. Halcik jedzie sprawdzić o co biega.

Podstawa ma już (a może dopiero) 1500m. Patrzymy co będzie dalej.

W końcu podstawa osiąga 1600m i chłopaki decydują się wykonać krok w siną dal. "Wprawdzie stanęliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód!" (Władysław Gomułka 1956r.)

O 15:00 sytuacja się wyjaśnia. Janek brnie dalej na trasie do pierwszego punktu Tullamore, Piotr odpuszcza i ląduje, również Wes, wyholowany drugi raz, siada na lotnisku. Jurek wsiada z Piotrem do Duo Discusa i lecą na termikę. Zobaczymy co zrobi dzisiaj Janek.

Tuż przed 16:00 Janek melduje się w Tullamore. Teraz chwila tętniąca emocją - czekamy na kolejny fix z tracker'a. Co zrobi? Poleci dalej po trasie czy wróci do Narromine. Ambicja czy odpowiedzialność, odpowiedzialność czy ambicja?

Nagle trach! Pojawia się nowy fix, jak w pysk strzelił w kierunku Nyngan. Jest dobrze. Młody walczy. My tymczasem zwijamy manatki i jedziemy popluskać się w hotelowym basenie.

Po baseniku odpalamy stronę z trackerami i patrzymy gdzie są nasi. O 17:20 Jankowi brakuje 20km do Nyngan, tymczasem okazuje się, że Jurek z Piotrem polecieli na trasę i są już nad Tullamore.

Godz. 18:00 - Janek jest nad Nyngan, tymczasem Jurek z Piotrem z Tullamore polecieli do Trangie. Czekamy na kolejny fix Janka, żeby mieć pewność, czy przypadkiem nie wylądował w Nyngan.

Po chwili lądują Jurek z Piotrem. Czekamy na Jasia. Fixy zbliżają się powoli do Narromine. Najpierw Nevertire, potem coraz bliżej, gdzieś w połowie drogi Nevertire-Trangie. Po 10 minutach pojawia się kolejny fix, dokładnie w tym samym miejscu gdzie poprzedni. Sprawa jasna - pole. Jasiu nie ma telefonu, pakujemy zatem wózek i wskakujemy do samochodu. 46 km do pola drogą prostą jak z bicza strzelił - Mitchell Highway.

Po drodze Piotr Halt wykrzykuje radośnie - są kangury! Rzeczywiście, 100 metrów od drogi, w polu wystają dwa łebki kangurów. Śmigamy dalej, nie ma czasu na zdjęcia.

Dojeżdżając do pola spotykamy Jasia. Od godziny szuka ludzkich skupisk, próbuje złapać na stopa jakieś auto (które tu przejeżdżają w liczbie 1 szt. na 15 minut) - bezskutecznie. Za to w samym polu miał towarzystwo - a jakże! W czyjej osobie? Otóż kilkudziesięciu ciekawskich kangurów.

Dojeżdżając do szybowca robimy zdjęcie czterem kangurom, które jednak ulatniają się na nasz widok. W polu ostro tną komary, pomimo najszczerszych chęci zajmuje nam to trochę czasu. Trzeba się bowiem nauczyć demontażu LS-4, ale jesteśmy dość pojętni, obywa się bez uszkodzeń, pomimo że stery nie są samołączące się - kto by pomyślał że w niemieckim szybowcu są złączki podobne do naszych SZD.

W domu jesteśmy o 22:00. Dziś jeszcze grill, a jutro kolejny lotny dzień. Jasiu machnął dziś 278,6km - całkiem nieźle jak na warunki i pierwszy prawdziwy przelot. No i zaliczył pierwsze prawdziwe pole.

5 stycznia 2011r.

Rano pogoda nie wygląda ciekawie, stoi jakieś średnie pokrycie, ale Wes twierdzi, że to przepali i wyskoczą warunki na rekord. Zobaczymy.

Tak przy okazji, Australia pełna jest różnego rodzaju zakazów. A to nie wolno, a tamto nie wolno itd. Z drugiej strony temperatura w kranie ma pewnie z 80°C, można się nią oparzyć, a takiej informacji na kranie nie ma - a w USA już by na pewno była. Niemniej, gdyby nie ruch lewostronny, na podstawie wielu podobieństw, można odnieść wrażenie że jest się w USA.

Według tubylców, fenomenem Narromine jest lokalizacja w obszarze często występującej zatoki niskiego ciśnienia, która powstaje pomiędzy niżem górującym nad kontynentem, a dwoma wyżami nad Tasmanią. Twierdzą, że w odpowiednich warunkach można na szlakach latać tam po 100 i więcej kilometrów bez krążenia. Na razie jednak nie udało nam się wykorzystać tego zjawiska, choć ten trough, jak twierdzą, stoi niedaleko na południe od Narromine. Może dziś się uda. Bo na razie trudno nam się w australijskiej pogodzie dopatrywać jakiś większych pozytywów względem tego, co znamy z Polski, no może poza wyjątkiem - niekiedy - ciut wyższych podstaw chmur.

Temperatury jakie u nas panują można sprawdzać na następującej stronie. Są to obserwacje dla pobliskiego Trangie.

Do 13:00 zachmurzenie nie ustępuje, robimy zatem day-off, jedziemy do Dubbo. Swego czasu w Dubbo produkowano bumerangi, jednak ostatnio zakład zamknięto. Jak się wyraziła Beryl "rząd woli płacić za nic nie robienie, niż za produkcję bumerangów". Na szczęście namierzyliśmy porządny bumerangowy sklep w Sydney, z pustymi rękoma do domu nie wrócimy.

Posłuchaj darcia się lotniskowych papug.

W Dubbo zaliczamy sklep z zabawkami w ZOO, choć do samego ZOO nas nie ciągnie. Ale wchodzimy w posiadanie ładnego kangura do pubu Dolot. Szlajamy się trochę po centrum handlowym, bez większych sukcesów. Na powrocie strzelamy sobie fotkę z drogowym kangurem (na znaku).

A wieczorem znów australijskie steki :-)

Podstawą funkcjonowania w Australii jest klima. Nie da się ukryć, bez klimy w samochodzie byłaby masakra. Ale również w pokoju mamy klimę i regularnie chłodzimy żeby jakoś funkcjonować. Inna rzecz, że pomimo tych różnic temperatur nikt nie ma problemu z gardłem, chyba klimat jest suchy i dlatego?

Na drogach obowiązuje ograniczenie prędkości do 110 km/h i 50 km/h w terenie zabudowanym. Terenu zabudowanego jest bardzo niewiele, co powoduje że jedzie się dosyć szybko, pewnie 100 km/h i więcej. Wiele dróg jest poprowadzonych według linijki - np. Mitchell Hihgway z Narromine do Nyngan a potem do Bourke to prosta droga z kilkoma tylko zakrętami w głównych miejscowościach. Dlatego tempomat, 110 km/h i można jechać.

6 stycznia 2011r.

Dziś pełna mobilizacja, świeża masa i bezchmurnie, co prawda dość silny północno-wschodni wiatr. Janek (LS-4) i Piotr Haberland (Duo Discus) lecą na diamentowe 300km (Narromine-Tullamore-Nyngan-Narromine), Radek na SZD-55 na 500km (Narromine-Condobolin-Girlilambone-Narromine). Piotr Halt z Jurkiem lecą także na 300km drugim Duo Discusem.

Warunki polskie - na początku (12:00) niskie podstawy, 1200m, w ciągu dnia podnoszą się do 2100-2400m. Noszenia średniego 1.5-2.0m/s. Cumulusów - w sam raz.

Pierwszy 324km oblatuje Piotr, po nim dolatuje Janek. Mamy zatem dziś dwa diamenty i dwa warunki do złotej odznaki. Piotr z Jurkiem też oblatują trasę. Radek na dolocie, po przeleceniu 478km ląduje na pasie w Trangie. Leci po niego holówka, ale holownik ma jakiś problem z nawigacją, dociera niewiele przed zachodem słońca. Jakoś jednak udaje im się wrócić na czas, choć Beryl jest już zestresowana.

Wieczorem jedziemy do knajpy, nie chce nam już się dziś robić steków. Potem jeszcze ściąganie logów i lulu. Jutro mogą być nawet lepsze warunki - chłopakom do zrobienia zostaną już tylko 500km :-)

Przeczytaj co działo się później.
 
do góry

 
Odwiedziny strony
Zlot Gigantów 2017
Grupa Akrobacyjna Żelazny
Oœrodek Szkolenia Lotniczego Żelazny 6
Rezerwacje obeiktów sportowych (squash, tenis, bowling) w ramach Studium Wychowania Fizycznego Politechniki Poznańskiej
Beata Choma
Latanie precyzyjne. Aeroklub Poznański
77 Szkoła Bezpiecznego Latania
SAE AeroDesign Politechnika Poznańska
Gliding Team Klinika Kolasiński
www.aerofoto-kaczmarczyk.com
Akademicki Klub Lotniczy Politechniki Poznańskiej
Akademicki Klub Lotniczy UAM
lotniczapolska.pl
CityZen
QR www.aeroklub.poznan.pl