Odwiedzin: 1899647 
 
Meteo











































  SAE AeroDesign East 2010 1/2  
  Mówi się "do trzech razy sztuka". My uważamy, że, po starcie w zawodach w 2008 i 2009r. może to oznaczać tylko jedno: zwycięstwo :-) Ale może po kolei.

Na początek krótka informacja wyjaśniająca. W związku z okraszaniem solidnymi relacjami poprzednich zawodów (edycji 2008 i 2009) pozwolimy sobie przekazywać obecnie relacje w nieco bardziej zwięzłej formie, zachęcając, w przypadku pojawiania się nieznanych terminów, do lektury opisów z ubiegłych lat. Za wyrozumiałość dziękujemy.

Ekipa Politechniki Poznańskiej po raz trzeci bierze udział w zawodach SAE AeroDesign. Skład ekipy liczebnie (8 osób) taki jak w zeszłym roku, jakościowo miejsca Huberta Hausy i Krzysztofa Koteckiego zajęli Marcin Maćkowiak i Maciej Olechnowicz. Pozostali członkowie ekipy to kapitan Maciej Wnuk, Wojtek Batog, Marcin Gajewski, Adam Szcześniak i Bartek Szymkowiak oraz opiekun naukowy (FA Faculty Advisor) Radosław Górzeński.

Nie sposób nie zacząć od listy osób i instytucji, dzięki którym nasz udział w zawodach nie byłby możliwy.

Politechnika Poznańska

Poznań

AP

DHL

TChr


Przede wszystkim wsparcia finansowego i organizacyjnego udzieliły nam władze Politechniki Poznańskiej z Panem Prorektorem prof. Karolem Nadolnym na czele. Również Dziekani: prof. Janusz Wojtkowiak z Wydziału Budownictwa i Inżynierii Środowiska oraz prof. Marek Idzior z Wydziału Maszyn Roboczych i Transportu wspomogli pieniężnie nasze przygotowania do zawodów.
Jak w ubiegłym roku, tak i obecnie pomocną dłoń wyciągnęło do nas Miasto Poznań udowadniając, iż jako silny ośrodek akademicki nasze miasto promuje innowacyjność, nowe technologie i polską myśl techniczną także na amerykańskim kontynencie.
Tradycyjnie już organizacyjnie i finansowo wspiera nas także Aeroklub Poznański.
Pomagając nam już trzeci raz Julian Oziemkowski z firmy kurierskiej DHL znów zrobił wszystko, by skrzynia z modelem dotarła na czas do USA. Tym razem udało nam się pobić rekord; ale o tym za chwilę.
Dzięki zaangażowaniu księdza Tomasza Sielickiego, członka Aeroklubu Poznańskiego i przełożonego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej udało nam się nawiązać kontakt z Jackiem Tryczyńskim, przedstawicielem lokalnej Polonii, który umożliwił przesłanie skrzyni na swój adres.
Należy także wspomnieć o wielu bezimiennych w tym miejscu osobach, których wsparcie i pomoc pomogły nam sprostać temu wymagającemy zadaniu.

Finałem naszych przygotowań do zawodów był, wykonany w dniu 18 kwietnia na lotnisku Bednary, oblot modeli w obu klasach Micro i Regular. Dziewicze loty modele wykonały pod ręką oblatywacza Tomka Niełacnego. Jakkolwiek próba modelu w klasie Micro zakończyła się kraksą, za to model w prestiżowej klasie Regular wykonał dwa poprawne loty.


Oblot modelu 18 kwietnia 2010r.


Ostatni tydzień był wyjątkowo pracowity. Formalności administracyjne spowolniły prace w wysyłce modelu, który do terminala firmy DHL trafił dopiero w poniedziałek 26 kwietnia. Zagrożenie spóźnienia się modelu na zawody początkowo mąciło nam lekko nastroje, jak się potem okazało na szczęście niepotrzebnie, bo rzeczywiście skrzynia zgodnie z deklaracją DHL podróżowała "od drzwi do drzwi" zalednie dokładnie dwa dni.

27.04.2010r.

Nadszedł w końcu wtorek 27 kwietnia. Zaczęło się wszystko bardzo wcześnie. Około północy z poniedziałku na wtorek Grzegorz Kędzierski, jak w ubiegłym roku, zebrał nas (prawie wszystkich) i zawiózł VW Caravelle Aeroklubu Poznańskiego na lotnisko Tegel w Berlinie. Prawie, gdyż miejsc w VW nie starczyło dla wszystkich i Maciej, Adam oraz Maciej O. odbyli trasę prywatnym samochodem.

Pomimo kiepskiej pogody i opadów deszczu o 4:00 dotarliśmy na Tegel. Martwił nas tylko brak Adama i spółki, który na początku (szczęście w nieszczęściu) trasy przebił dwie opony i musiał zmienić samochód. W końcu jednak dotarł a z nim nasze bulety.

Podczas odprawy każdy z nas otrzymał różne liczby biletów. Jedni trzy (na wszystkie trzy loty), inni dwa, jeszcze inni tylko jeden, na pierwszy przelot. Trochę dziewne to, ale i tak dobrze że bagaże zostały odprawione od razu do Dallas.

Wielkie oczy zrobili pracownicy lotniska odprawiający banner reklamowy Miasta Poznania - ołów wypełniający podstawę roll-up'a wypadł im podejrzanie w prześwietleniu. W końcu jednak, za 55 euro także i banner został nadany.

O 6:50 znaleźliśmy się na pokładzie Boeinga 737 firmy KLM, który o 8:30 dostarczył nas do Amsterdamu. Czas oczekiwania na kolejny lot - równe 6 godzin - zachęcił nas do odrobienia zaległości i pracy na laptopach w kafejce internetowej. Niektórzy nawiązali także znajomość z siecią MacDonald, przypominającą nam trochę w zakresie zwyczajów żywieniowycha Amerykę.

Atlantyk pokonaliśmy na pokładzie Airbusa A330 linii Delta Airlines. Lot do Detroit trwał 8,5 (start o godz. 14:00 czasu lokalnego w NL) i dzięki sporej ilości miejsca dla pasażerów nie okazał się aż tak bardzo męczący. Oprócz głównych czasoumilaczy w podróży - dań i napojów o całkiem niezłej, jak na linie lotnicze, jakości mieliśmy do dyspozycji także indywidualne konsole umożliwiające oglądanie kilkunastu (najnowszych!) filmów, słuchanie muzyki czy układanie pasjansa. Oczywiście także ulubione przez nas wypełnianie deklaracji celnych.

Szczęśliwie ominęliśmy Islandię, której dymy wulkaniczne zaledwie tydzień wcześniej zagrażały realizacji naszych misternych zamierzeń. Po pokonaniu 6600km i 8,5 godz. lotu wylądowaliśmy w Detroit o godz. 23:00 czasu Polskiego i 17:00 czasu lokalnego.

Wzbudzająca zwyjke wiele kontrowersji odprawa poszła dosyć szybko, a co najważniejsze na miejsce dotarły wszystkie walizki oraz banner w stanie nie wskazującym na brutalne obchodzenie się z nimi. Przyjaźnie wyglądający Biggle znów wywąchuje jakieś kanapki w naszych bagażach. Kończy się na szybkiej konsumpcji. Przed lotem krajowym jeszcze kolejna rewizja połączona ze zdejmowaniem butów; Adam i Maciej znów jak poprzednio wędrują na dywanik.

Wyrabiamy karty pokładowe na nasz ostatni lot z Detroit do Dallas, tym razem samolotem Bombardier CRJ-900 linii Mesaba Airlines (brzmi groźnie :-), po czym nawiązujemy kontakt z kolejną hamburgerownią o nazwie Wendy's.

Po dwóch godzinach od przybycia startujemy o 19:25 (lokalnego) do lotu o trasie o długości prawie 2000 km. Ruch na ziemi duży, mamy 4-te miejsce w kolejce do startu (a lotnisko ma kilka pasów funkcjonujących równolegle). Po starcie wdrapujemy się na 10.000 m i z prędkością 800 km/h mkniemy na południowy-zachód.


Podejście w Dallas nocą


Lądujemy nocą, o 22:00 czasu Detroit, 21:00 czasu Dallas i 4:00 rano czasu polskiego (różnica czasu zatem 7 godz.). Niezła odyseja, w sumie 28 godz. od wyjścia z domu, ale na tym jeszcze nie koniec.

Szczęsliwie nasze walizki znów docierają w komplecie i bez uszkodzeń. Dojeżdżamy wachadłowcem do wypożyczalni National, w której mają czekać zamówione przez nas dwa samochodu. Z satysfakcją odnotowujemy identyczną, jak na rezerwacji, cenę na rachunku.

Przy wydaniu samochodów miłe zaskoczenie. Mniejsze z aut, które miało być tzw. FullSize, zostało zamienione na SUV'a - Forda Escape o przebiegu - UWAGA: 4 mile (data produkcji kwiecień 2010).


Ford Escape


Większe to 7-osobowy Dodge Grand Caravan z elektrycznie otwieranymi drzwiami i fotelami chowanymi w podłodze, o przebiegu 9607 mil. ?ałujemy tylko, że Bartek nie urodził się np. w marcu zamiast w lipcu - opłata za "under 25 age" to $25/dzień, razem $200. Na szczęście opiekun naukowy wygląda, a jego papiery to potwierdzają, na więcej niż 25 lat :-)


Dodge Grand Caravan


Wspierani nawigacją satelitarną do hotelu docieramy około godz. 23:00, po jakichś 30 godzinach podróży. Mottel nie okazuje się jednak tym, czego oczekiwaliśmy. "Akurat" nie działa internet, pokoje to małe klitki, pozostaje jeszcze kwestia zapachu ... Szczęśliwie możemy ograniczyć rezerwacje do tylko jednego dnia, jutro stąd uciekniemy. Korzystamy jeszcze z WiFi dostępnego na parkingu sąsiedniego hotelu, dzięki czemu uzyskujemy pokrzepiającą wiadomość iż skrzynia z modelem leci już z Wielkiej Brytanii do Stanów Zjednoczonych. Duża ulga. Spać idziemy o 1:00, czyli 7:00 czasu polskiego.

Zobacz galerię zdjęć, a także odrębne galerie zdjęć i alternatywną relację na www.aerodesign.com.pl

28.04.2010r.

Mimo kiepskich warunków śpimy długo do 10:00. Od Juliana Oziemkowskiego nadchodzi potwierdzenie - paczka jest już w USA. Kontaktujemy się z Jackiem Tryczyńskim, który jest adresatem przesyłki. Przebywa on w innym, bliższym nam rejonie miasta, więc po wykwaterowaniu się z hotelu udajemy się do niego, licząc na uzyskanie wielu cennych informacji.

Nie mylimy się, Jacek, od 9 lat pracujący w USA, wskazuje nam Golden Corel Bufet, który okazują się alternatywą dla typowych fast-foodów, oferującą bardzo szeroki wybór dań w europejskim smaku, działający zgodnie z zasadą "zapłać raz ($10), jedz do woli". Hamburgery zatem nam nie grożą.

Jacek podczas lunchu dzieli się z nami bardzo ciekawymi doświadczeniami i spostrzeżeniami z Teksasu. Dowiadujemy się zatem iż każdy ma tu "gnata", że w przypadku wtargnięcia na teren cudzej posesji obowiązuje zasada "najpierw strzelaj, potem pytaj", i że zawsze w takiej sytuacji intruz nie ma racji. Ponoć uważać trzeba nawet odwiedzając znajomych - lepiej wcześniej się zaanonsować, bo może być różnie. Jacek mówi też ruchu drogowym, sytuacji Polaków, o panujących stosunkach społecznych. Okazuje się że w Fort Woth jest duże lotnisko wojskowe, na którym 2 lata wcześniej szkolili się polscy piloci F-16.

Potem wspólnie szukamy hotelu, ostatecznie jednak wracamy w okolice naszego poprzedniego Motel 6, przenosimy się jednak o 50 metrów do hotelu Baymont oferującego dużo wyższy standard za niewiele większą cenę. Jest to co trzeba: duże pokoje na parterze obok siebie, ponad standardowe wyposażenie, prawidłowy zapach i wszechobecny internet (także w gniazdku, o czym za chwilę).

Wojtek z Bartkiem ruszają Dodgem do siedzimy DHL w nadzieji dopadnięcia kuriera, który w międzyczasie zdążył pojawić się w chwilowo pustym domu Jacka i skwitować zdarzenie stwierdzeniem na stronie www "nie zastano adresata".


Plum do basenu


Reszta wybiera się na hotelowy odkryty basen, gdzie przy temperaturze powietrza 27°C korzysta z kąpieli. Adam wybiera się do recepcji po kabel sieciowy, kwitując odbiór podpisuje pismo zatutułowane "cable for wireless". Ciekawe, może czegoś nie wiemy? :-)

Wreszcie ze skrzynią wracają Bartek z Wojtkiem. W tym roku udało nam się pobić dotychczasowe rekordy - skrzynia dotarła na miejsce w ciągu 2 dni. Praktycznie w ciągu 48 godz. (zdana w siedzibie DHL była 9:00, choć wiedzieliśmy, że opuści siedzibę po 16:00). Skrzynia ma tylko niewielkie wgniecenia, model bardzo drobne uszkodzenia. Zobacz trasę przesyłki.

Data Godzina Terminal DHL Stan
2010-04-26 09:13 Poznan - Poland Przesyłka odebrana od nadawcy
17:08 Poznan - Poland Przesyłka procesowana - Poznan - Poland
18:45 Poznan - Poland Przesyłka opuściła punkt tranzytowy - Poznan - Poland
22:35 Leipzig - Germany Przesyłka awizowana w punkcie tranzytowym - Leipzig - Germany
23:00 Leipzig - Germany Przesyłka procesowana - Leipzig - Germany
2010-04-27 19:19 Leipzig - Germany Przesyłka opuściła punkt tranzytowy - Leipzig - Germany
21:54 East Midlands - UK Przesyłka w tranzycie East Midlands - UK
21:57 East Midlands - UK Przesyłka opuściła punkt tranzytowy - East Midlands - UK
2010-04-28 03:07 Cincinnati Hub, OH - USA Przesyłka awizowana w punkcie tranzytowym - Cincinnati Hub - USA
03:07 Cincinnati Hub, OH - USA Odprawa celna zakończona o Cincinnati Hub - USA
04:34 Cincinnati Hub, OH - USA Przesyłka procesowana - Cincinnati Hub - USA
05:23 Cincinnati Hub, OH - USA Przesyłka opuściła punkt tranzytowy - Cincinnati Hub - USA
08:21 Coppell, TX - USA Przesyłka dotarła do terminala przeznaczenia - Coppell - USA
09:38 Coppell, TX - USA Przesyłka przekazana kurierowi do doręczenia
13:13 Coppell, TX - USA Próba doręczenia do odbiorcy - zamknięte
18:33 Coppell, TX - USA Przesyłka doręczona do odbiorcy. Odebrana przez: WOJCIECH BAT


Skrzynia z modelem


Od Wojtka dowiadujemy się o perypetiach kolegów z Rzeszowa. Wybrali się do USA bez ... karty kredytowej. Pierwszy problem pojawił się już w wypożyczalni samochodów, do której dostali się taksówką z lotniska, skąd zadzwonili z prośbą o pomoc. Okazuje się, iż zwiodła ich cena, która, jak się na miejscu okazało, nie uwzględniała ubezpieczeń, podatku, różnych innych dopłat itp. Jednak wypożyczalnia National z której skorzystaliśmy okazała się bardzo rzetelna, a kwota z rezerwacji zgodna z rzeczywistą. Ostatecznie Bartkiem z Wojtkiem odwieźli rzeszowiaków naszym autem do wypożyczalni przy lotnisku, gdzie już szczęśliwie udało im się wynająć samochód.

Tymczasem u nas kończy się sielanka, zaczyna robota. Część wyciąga model ze skrzyni, wykonuje na nim ostatnie prace, okleja w barwy sponsorów. W pracy korzystamy z urządzeń korzystających wyłącznie z 220V - w tym celu wzięliśmy ze sobą przetwornicę samochodową, która znakomicie spełnia się w tej roli. Reszta ekipy doszlifowuje prezentację, którą przedstawiać będziemy w piątek. Pracujemy także nad budżetem przedsięwzięcia, pewne koszty dopiero teraz zaczynają nabierać konkretnych wartości. Wygląda jednak na to, iż przy umiarkowanej oszczędności będziemy w stanie zamknąć budżet bez większego uszczerbku dla prywatnych portfeli.

Kładziemy się już po północy, niektórzy nawet trochę później. Dobranoc!

Zobacz galerię zdjęć, a także odrębne galerie zdjęć i alternatywną relację na www.aerodesign.com.pl

29.04.2010r.

Dzień przywitał nas od rana pełnym zachmurzeniem i silnym wiatrem. Kontynentalne śniadanko znów sprowadziło nas na ziemię uświadamiając, iż nie mamy co liczyć na żadne frykasy. Menu jest standardowe; szczęśliwie w tym roku czas pobytu mamy "skrojony na wymiar" i zbyt długo nie będziemy musieli się w ten sposób umartwiać.

Dziś mamy drugi dzień na aklimatyzację poprzedzającą zawody rozpoczynające się w piątek. Do godzin popołudniowych kontynuujemy prace przy modelach i nad prezentacją. Potem ruszamy w "miasto".

Na poczcie wysyłamy paczkę z gadgetami z Aeroklubu Poznańskiego dla Marka Małolepszego w Kaliforni, który gościł nas w ubiegłym roku. Potem burczenie w brzuchach kieruje nas do Golden Corral. Zdjęcia w galerii ilustrują, iż USA to nie tylko same hamburgery i nawet za zaledwie $10 można zjeść zdrowo i co najważniejsze konkretnie :-)


Danie I


Nie wykonując gwałtownych ruchów majestatycznie opuszczamy Golden Corral i jedziemy do centrum handlowego. Tam każdy indywidualnie zapuszcza się w przepastne czeluście świątyni konsumpcji. Dość powiedzieć, iż jeden opuszcza centrum w nowych okularach, inny w koszulce do koszykówki, dwóch w portkach do kolan, a opiekun naukowy ... z sukienką dla córki.

Jedziemy dalej. W naszych tegorocznych relacjach może mniej spostrzeżeń dotyczących samych Stanów Zjednoczonych. Większość ekipy jest już drugi lub trzeci raz w USA, wiele już widzieliśmy, tylko Marcin i Maciej O. jako neofici wybałuszają co rusz oczy i uszy. Zasadniczo Teksas bardziej przypomina nam Georgię niż Kalifornię. W Kalifornii było dość brudno, jeździło sporo małych europejskich samochodów, duży był udział społeczności meksykańskiej. Atlanta to z kolei 8-pasmowe autostrady, potężne samochody, duży odsetek ludności murzyńskiej. W Teksasie drogi nie są aż tak szerokie, jeżdzą samochody pośredniej wielkości, na drogach jest bardzo czysto (kara za śmiecenie $1000). Przeważa populacja bladych twarzy. Roślinność dosyć bujna, nie widać specjalnie kaktusów i "kolczastych opuncji".

Obowiązkowym punktem wycieczki, przed rozpoczęciem zawodów, jest wizyta w sklepie modelarskim. Każdy wychodzi z jakimiś klamotami w ręku - takich sklepów modelarskich w Polsce nie uświadczysz.

Na koniec pozostaje jeszcze wizyta w jakimś historycznym miejscu, choć z europejskiej perspektywy trudno mówić o historii przez duże H w przypadku USA. Z każdych zawodów przywozimy jakieś rozpoznawalne zdjęcie ekipy - w pierwszym roku było to ujęcie przed wejściem do wieżowca Sears Tower w Chicago, w 2009 zdjęcie na tle znaku HOLLYWOOD górującego nad miastem. W Dallas/Fort Worth szkopuł jest ten, iż trudno znaleźć taki charakterystyczny obiekt. Za radą Jacka jedziemy do Stockyards, kowbojskiego skansenu. Historyczne budynki są tu wykonane w tradycyjnej technologii - z prawdziwej cegły - po prostu szok :-) Szybko wchodzimy w posiadanie kapeluszy, od dziś wyróżnikiem naszej ekipy będą koszulki z logo Miasta Poznań i Politechniki Poznańskiej oraz włąśnie te kapelusze. WUja (Marcin G.) wczuwając się w atmosferę rodeo dosiada konie na karuzelach dla dzieci i ozdobne siodła. Jest w tej dziedzinie bezbłędny.


Stockyards ekipa


Robimy sobie zdjęcia z bykiem. Co prawda ma długie rogi, ale jest wykastrowany - co z niego za byk ... Jeszcze zdjęcie przy gwieździe Wyatt Earp'a w galerii sław kowbojskich - i ten punkt programu mamy już zaliczony.

W sporych korkach wracamy do hotelu. Korki - to definicja znana w Europie ale nieadekwatna do zjawiska w USA. Tutaj jakkolwiek prędkość przejazdu maleje, jednak zwykle nie spada poniżej 20-30 mil/godz. - samochód ciągle jedzie choć trochę wolnie. Co do ograniczeń prędkości w mieście występują 40-60-65 mil/godz.

Po południu pogoda się stabilizuje. Jest słonecznie, ok. 29°C, wieje tylko silny, niekiedy porywisty wiatr, co martwi nas w perspektywie nadciągających zawodów, zwłaszcza dla modelu w klasie Micro.

Po powrocie do hotelu znów wracamy do pracy. Wojtek z Marcinem doszlifowują obie prezentacje (dla klasy Micro i Regular), reszta wypieszcza oba modele. Mieli do nas dotrzeć koledzy z Rzeszowa; okazuje się że celnicy dobrali im się do modelu i będą mieli pracowitą nockę naprawiając dokonane szkody.

Proces aklimatyzacji przebiega prawidłowo. Wraz ze zbliżaniem się północy pojawia się senność, która z nagła dotyka także narratora.

30.04.2010r.

Nadchodzi 1 dzień zawodów. Budzik ustawiony na godzinę 8:00 oznajmia w obu pokojach konieczność mobilizacji. Szybka poranna toaleta i po chwili na torsach całej załogi widnieją odświętne białe koszulki z logo naszego miasta. Podczas śniadania, w hallu zjawia się na chwilę zaspany Wojtek, który znalazł trochę czasu na spałaszowanie gofra. Nie spał dzisiaj zbyt długo, aby poświęcić ostatnie godziny na nadanie końcowych szlifów swojej prezentacji.

Krótko po 9:00 podłoga w pokoju nr 121 zamienia się w profesjonalnie wyposażony warsztat. Model regulara trafia na stół jak pacjent na szpitalny stół operacyjny. Kilka krótkich spojrzeń dwóch głównych chirurgów, aby za chwilę zobaczyć na dziobie świeżo pomalowaną maskę, a na kadłubie przygotowane stalowe odciągi do skrzydeł. Jeszcze tylko kosmetyka, kilka wprawnych ruchów żelazkiem po folii, przetarcie szmatką resztek kurzu i maszyna gotowa wylądować przed obliczem sędziów. Za oknem motelowego pokoju widać jeszcze Wojtka, ze szczoteczką do zębów wbitą w usta. Krąży na parkingu ze wzrokiem wbitym w ziemię i szepta coś do siebie z angielskim akcentem. Prawdopodobnie rozprawia sobie jeszcze o wyższości wingridów nad wingletami. Kto wie, jak bardzo wymagające będzie Jury w tym roku – a przecież jakąś nowinką techniczną zaskoczyć ich wypada.

Punkt 10:00. Odgłos zamykania klapy bagażnika od srebrnego Dogde’a świadczy o tym, że wszystkie potrzebne sprzęty są już zapakowane. Nerwowe spojrzenia załogi i raptem krótki ale konkretny komentarz Marcina: „Mi się wydaje się, że wszystko mamy”.

Wyruszamy.

Dobijamy do hotelu Radisson. Podróż nie zajęła nam zbytnio dużo czasu. Musieliśmy jedynie przedostać się na drugą stronę autostrady - jakiś kilometr od naszego motelu. Ledwo minęliśmy portiera, a już natykamy się na Rzeszowian, ślęczących nad formularzami zgłoszeniowymi. Wymiana uścisków dłoni i sami zabieramy się za papierkową robotę. No, może nie wszyscy:

W czasie gdy Wojtek załatwia formalności, reszta załogi targa samolot wraz z całym ustrojstwem do sali, konferencyjnej w której będzie mieć miejsce kontrola techniczna. Kontrole trwają już od rana. Zasada jest taka, że do stołu przy których stoją sędziowie podchodzi się gdy jest się gotowym, nie ma żadnej z góry narzuconej kolejności. Na jednym z pierwszych stołów jednej z załóg USA już leżą dobrze nam znane naklejki ze skunksami, oznaczające akceptację techniczną arbitrów. Skunks na naklejce ma symbolicznie nawiązywać do Sunk Works - oddziału zaawansowanych programów rozwojowych koncernu Lockheed Martin. Jakaś ekipa kończy już przeprawę z kontrolą techniczną - ostatni rzut oka sędziego na raport techniczny z wymiarami i takowa naklejka trafia na kadłub prześwietlonej przed chwilą załogi. Chcielibyśmy być już na ich miejscu...

Klęczący na miękkiej wykładzinie sali Bartek, ledwo co zdążył odwinąć czerwone Wingridy z folii, a już czujemy na swoich plecach, rzucane ukradkiem ciekawskie spojrzenia. W sumie nic dziwnego, mały przegląd po innych modelach widocznych w pomieszczeniu, pozwala śmiało stwierdzić, że na razie prezentujemy się dość ambitnie. Otaczamy maszynę zwartą grupą, w celu ochrony skrajnych części przed uszkodzeniami, które mogą spowodować gapie. Co chwilę słyszymy za plecami głosy przechodniów, którzy proszą o odsłonięcie modelu, aby mogli ująć na zdjęciu model w pełnej krasie i pytają, czy pozwolimy im wykonać kilka szpiegowskich fotek naszego projektu. Inni zagadują i kiwając głową z uznaniem rzucają "Very nice. Really very nice." Wystarczy, że tylko na chwilę opuszczamy salę, aby pobrać czapeczki, koszulki i kupony na późniejsze wyżerki, a wracając już widzimy oblegany stół naszej drużyny. "That's one cool design guys!" - kieruje w naszą stronę długobrody przechodzień, którego z samego wyglądu określić można jako wyjadacza preferującego bardziej klasyczne i konserwatywne rozwiązania.

Dochodzą do nas informację, że musimy zaktualizować nasz raport techniczny wypełniając mały formularz z wypunktowanymi zmianami i ulepszeniami. Chodzi naturalnie o ledwo widoczne odciągi skrzydeł oraz filigranowe kółeczka zamocowane do płyt brzegowych. Są to w mniemaniu naszych konstruktorów pierdoły, które na tle wszystkich zastosowanych rozwiązań można by było pominąć, ale przepisy to przepisy. Niefrasobliwym by było, gdybyśmy zostali zdyskwalifikowani z lotów z powodu takiego zaniedbania.

Dochodzi godzina 12:00. Wrzawa gorących dyskusji i konsultacji miesza się odgłosem flashów aparatów fotograficznych. Musi być bardzo ciekawie i oryginalnie, skoro po aparaty sięgają nawet sędziowie oraz organizatorzy. Wojtek zapomina na chwilę o czekającej go prezentacji podczas wyjaśniania jednemu z zainteresowanych istoty zastosowania naszych fikuśnych końcówek skrzydeł. Na wypadek gdyby ktoś chciał się przyczepić w kwestiach formalnych, zamieszczamy dowód potwierdzający, że ta relacja powstaje na żywo.

Na chwilę przed rozpoczęciem naszej inspekcji technicznej na sali pojawia się ekipa warszawiaków. Sądząc po ubiorze, można by uznać, że dopuściliśmy się jakichś działań dywersyjnym i odwiedzili nas smutni Panowie z CIA. Wszyscy faceci ubrani w czarne gangi i poważne oblicza, spokojnych krokiem podchodzą do naszego stanowiska. Nie mieli zbytniego problemu z identyfikacją naszego zespołu. Wielkie napisy "Poznań" na naszych plecach, samolotach i rollbarze są jak widać bardzo skuteczne.

5 minut po południu CyanoPlane sunie na naszych rękach na miejsce inspekcji. Po uzbrojeniu się w nasz raport i różne magiczne przyrządy miernicze z szesnastymi częściami cala zamiast milimetrów, sędziowie odziani w charakterystyczne krwiste T-shirty osaczają naszą konstrukcję. Po wstępnym sprawdzeniu wymiarów, jeden z członków zagląda pod skrzydła i wskazuje palcem na niezabezpieczone snapy od serwomechanizmów. Nie mija 5 minut, jak Maciej zaopatrzony w termokurcze, nożyczki i zapalniczkę zażegnuje wynikły problem. W trakcie Wojtek uświadamia sobie, że na spodzie skrzydła brakuje naklejki z numerem startowym. Konsultuje się z arbitrem, który przymyka na to oko, podpowiadając żeby uczynić to do czasu jutrzejszego startu. Oka nie przymyka jednak inny członek jury, który znalazł nieścisłość w wysokości numerków na sterze kierunku. Okazuje się, że numery startowe są o 14 mm za niskie. Arbiter sam przyznaje, że jest nader upierdliwy, a błąd wyjątkowo banalny, jednak każe nam zaopatrzyć się w większe numery. Mu jednak postanawiamy zwalczyć ten banalny problem równie banalnym sposobem. Docinamy z białej folii samoprzylepnej kilka pasków i przedłużamy nóżki cyferek w liczbie 47. Teraz mają już wymagane 4 cale. Jeszcze kilka poprawek, takich jak przypiłowanie kołpaka i poprawienie połączeń serw i po sprawdzeniu środka ciężkości samolotu, Maciej wraz z sędzią głównym przystępują do inspekcji działania wszystkich układów. Wszystko spisuje się na medal i jury ma wolna drogę do naliczenia punktów.

Inspekcja techniczna zakończona i na salę wchodzi Wojtek przebrany w garnitur, co oznacza, że za kilka minut rozpocznie się prezentacja modelu. Samolot przeciska się przez ciasne drzwi niewielkiego pomieszczenia prezentacyjnego i spoczywa na centralnym stole. Marcin kucając przy laptopie wciska klawisz "F5". Wojtek wychodzi przed oblicze czteroosobowego Jury. Prezentacja przebiega spokojnie i na luzie - w klasycznym amerykańskim stylu Wojtka. Bez problemu łapie kontakt z słuchaczami a początkowy stres zamienia teraz na rozluźnienie przeplatając swój monolog kilkoma anegdotami. Na minutę przed końcem czasu jeden z członków jury podnosi kartkę z wypisanym pozostałym do końca czasem, by zmusić referującego do zwiększenia tempa. W końcowej fazie od strony Jury pojawiają się pytania nt. obliczeń oraz prośba o wyjaśnienie kilku zagwozdek technicznych. Prezentujący radzi sobie z tym bez problemu, żywiołowo przy tym gestykulując. Ukontentowani kwestią merytoryczną sędziowie dziękują za wystąpienie i życzą całej naszej ekipie powodzenia w części lotnej. Na sam koniec przekazują nam jeszcze kondolencje związane z niedawnymi tragicznymi dla naszego kraju wydarzeniami.

Wracamy na nasze pierwotne miejsce aby móc dokończyć niezbędne poprawki w Regularze i przygotować się do prezentacji modelu Micro.

Korzystając z małego rozgardiaszu, 3 członków załogi ulatnia się po angielsku z motelu Radisson. Pcha ich motyw napełnienia swoich brzuchów, ponieważ organizator w dniu dzisiejszym dał ciała na całej linii, jeśli chodzi o zapewnienie wszystkim przybyłym jakiegokolwiek papu. Zważywszy na wysokość wpisowego, którego wysokość przypadająca na jedną ekipę starczyłaby na opłacenie wystawnej kolacji All Inclusive dla 2 osób w Hotelu Hilton, można uznać tą sytuację co najmniej za żenującą. Jak się wkrótce okazuje sam brak lunchu jest najmniejszym problemem dla uciekinierów. Nie pomyśleli oni bowiem, że wyszli z motelu, do którego jak sama nazwa mówi przyjeżdża i odjeżdża tylko mobilnie, znaczy samochodem. Przejechali się na tym ostro, ponieważ chodnika dla pieszych przed motelem szukać próżno. Ale cóż to za problem, kilka większych susów przez trawnik, pośród walających się po drodze śmieci i już stoimy przed przejściem.

Widać co prawda światła i wymalowane pasy, ale sądząc po stanie wychodzenia trawnika i zalegającym piasku na betonie można bez trudu stwierdzić, że ludzka stopa kroczy tędy niezwykle rzadko. Po iście ekwilibrystycznych skokach przez skrzyżowanie docieramy w końcu do przybytku o enigmatycznej nazwie "Waffel House". Gdyby nie mały plakat na którym widnieje symbol hamburgera, nie dałoby rady stwierdzić, że oferują jakiekolwiek jedzenie. Wchodzimy do środka i czujemy się jak w jakimś amerykańskim filmie. Sceneria bowiem jest nam doskonale znana, tyle tylko że nie z życia codziennego, co ze szklanego ekranu. Przemiła kelnerka w średnim już wieku niezwykle skora do pomocy, na nasze pytanie o najlepszy wybór wśród potraw wskazuje wszystkie dania na karcie... Mając tak ułatwiony wybór (sic!) bierzemy to, co w sumie najlepiej wygląda na zdjęciu. Kelnerka przyjmuje zamówienie a my zasiadamy i bacznie badamy iście amerykański styl przybytku. Początkowo jesteśmy dość niepewni smakowitości naszych zamówień, biorąc pod uwagę, że oprócz nas cała knajpa zionie pustką, ale kilka chwil później pojawia się kelnerka z naszym żarełkiem i Maciej wbijając zęby w wypełnioną bekonem kanapkę, stwierdza z radosnym uśmiechem: "Alew fo chołełstfo tłufte"

Zbliża się godz. 15:30. Część załogi gotowa do prezentacji modelu Micro drepta nerwowo pod drzwiami sali. Za chwilę rozpoczyna się przedstawienie Zaczyna się od małego wyścigu z czasem Maciej z Bartkiem muszą w trzy minuty zamienić stos części upchniętym w pudełku o przepisowych wymiarach w gotowy do lotu samolot. Po 2 minutach i 59 sekundach walki ze składaniem przychodzi kolej na Wojtka - znów wkracza do akcji i rozpoczyna prezentowanie zalet Mikrusa.

Po prezentacji zmierzamy z powrotem do sali konferencyjnej by przygotować model Micro do inspekcji. Okazuje się, że uszkodzeniu uległa blaszka podłączeniowa przy pakiecie zasilającym. Niestety element jest tak małych gabarytów, że próba polutowania złącza spełza na niczym. Nie pozostaje nic innego jak wycieczka do najbliższego sklepu modelarskiego po stosowny zamiennik. Zadanie spada na barki Radka jako nadwornego szofera zespołu i odpowiedzialnego za kwestie praktyczno-techniczno-rozrywkowe Marcina aka Wujasa. Po drodze fotografują niespotykany w Europie proces przewożenia budynku po autostradzie.

Z powodu wielu pytań o nasz samolot postanawiamy na sam koniec dnia postanawiamy przynieść go z powrotem z samochodu i wystawić na jakiś czas na widok wszystkich zgromadzonych. Po raz kolejny przyciąga tłumy ciekawych i nieco zdziwionych naszymi rozwiązaniami ludzi. Pytaniom nie ma końca.

Podczas ich nieobecności, ok. godz. 17:00 na sali zabiera głos szef wszystkich szefów miejscowego oddziału SAE i rozpoczyna prezentację informacyjno-organizacyjną na temat odbywających się w 2 kolejnych dniach zawodów. Jak co roku duży nacisk kładzie na bezpieczeństwo i do znudzenia przypomina, aby bezwzględnie stosować się do zasad obowiązujących na lotnisku. Aby wzmocnić ton swojej wypowiedzi, odwołuje się do śmiertelnego wypadku który miał miejsce 3 lata temu na imprezie modelarskiej w Europie. Jest to jednocześnie moment na refleksję, że zawody to z jednej strony pasjonujące przeżycie i świetna zabawa, ale nie można bagatelizować tego że maszyny latające często z bardzo dużym obciążeniem stanowią poważne zagrożenie dla wszystkich obiektów znajdujących się w ich całkiem sporym zasięgu. Na koniec spotkania w celu zwiększenia motywacji i współzawodnictwa pośród ekip, odbywa się losowanie, w którym zdobyć można symulator lotów na PC-ta lub najnowszej generacji lub jeden z nadajników FUTABA 7C. Niestety szczęście tutaj omija polskie ekipy i nagrody zgarniają bliżej nieznane jednostki. Organizatorzy informują nas, że dokończą losowanie pozostałych upominków w niedzielę. Zdradzają, że jest to ciekawy zabieg, który stosują po to, by wszyscy zostali do samego końca imprezy by można było wykonać wielkie grupowe zdjęcie i nakręcić kilka scen.

Na koniec strzelamy jeszcze kilka pamiątkowych fotek i zawijamy się do naszego motelu, przygotowywać sprzęt i siebie samych na jutrzejszy dzień - jutro loty.

01.05.2010r.

Wraz z zerwaniem się ekipy o niehumanitarnej godzinie 6:00 rozpoczyna się pierwszy dzień lotny zawodów. Wspólne śniadanie, którego forma i menu nie zmienią się tutaj chyba nigdy i zapakowane zeszłego wieczoru samochody naszej ekipy wyruszają na oddalone o kilkanaście mil lotnisko. Po drodze mamy czas na obserwację pogody i przypuszczenia dotyczące warunków pogodowych na miejscu. Dziś będziemy tam pierwszy raz. Teren będzie dla pilota całkowicie nowy, a nieznana termika mająca znaczący wpływ na zachowanie modelu, jest jednocześnie zwiastunem ciekawych lotów i silniejszej rywalizacji ale także rodzi obawę o losy naszych samolotów. ok. 7:30 przy drodze dojazdowej do lotniska otwiera się szlaban i po krótkiej jeździe dojeżdżamy do miejsca gdzie rozegrają się wszystkie wydarzenia. Pod namiotem przeznaczonym do obsługi samolotów wynajdujemy 2 wolne stanowiska i po chwili instalujemy na nich wszystkie potrzebne sprzęty. Uwijające się wokół nas, jak pszczoły w ulu, inne ekipy z niezwykłym przejęciem i wypiekami na twarzy m.in. dokręcają ostatnie śrubki, montują styropianowe skrzydła na trytytki (!?) do kadłubów i naciągają folie na niedokończonych powierzchniach. Nieważny wygląd i estetyka, ważne żeby wyrobić się na godz. 8:00, godzinę "0".

Kilka minut po wyznaczonej godzinie pierwszej kolejki lotów na punkt startowy trafiają pierwsze Micro-Wynalazki. Spośród wszystkich 10 zakwalifikowanych modeli żaden zbytnio nie wyróżnia się żadnymi innowacyjnymi elementami konstrukcji. Wszystkie wyglądają dość przewidywalnie, jednak jak się po chwili okazuje nie do końca jest to prawda. Dwa pierwsze modele, wyglądają jakby ktoś posklejał je w dwa wolne weekendy. Jednak mimo niezbyt lotnego wyglądu, całkiem zgrabnie wzbijają się ponad beton i wykonują spokojne, poprawne loty. Przychodzi w końcu czas na lot naszego modelu Micro, który w luku bagażowym ma załadowane 1000 gramów. Pierwsza próba startu kończy się zatoczeniem cyrkla na pasie. Po ponownym ustawieniu na pasie udaje się rozpędzić maszynę, która odrywa się od ziemi, jednak pokonawszy w powietrzu kilka sekund opada twardo na powierzchnię pasa. Lot niestety nieudany, kilka uszkodzeń w okolicach podwozia. Oprócz modelu naszego wykonania podobny los dzieli także kilka innych ekip, których podstawowym zajęciem na pasie jest korygowanie zbaczającego z toru samolotu.

8:45. Przychodzi czas na najlepsze widowiska - loty klasy Regular. To co misie lubią najbardziej to oczywiście (oprócz efektownych akrobacji i ambitnie zrobionych modeli) spektakularne spotkania III stopnia z ziemią, czyli popularne "gleby". Nie ma tutaj co prawda aż tak dużych emocji jak w kategorii Advanced (nowa nazwa klasy Open), ale tłum oglądających zaopatrzonych w liczne kamery i aparaty mówi sam za siebie.

Pierwsze loty są bardzo spokojne, ze względu na praktycznie zerowe podmuchy. Mimo to, nie obchodzi się bez crashów. Jedna z ekip pod dowództwem kontrowersyjnego "Króla Lwa" ustawia swój obły model na pasie. Niestety awangardowa stylistyka to nie wszystko i z powodu braku możliwości lotnych, model zalicza efektowne spotkanie z betonem. Zgarnięcie czerwonych zwłok z pasa i do bitwy przystępują kolejne modele, w tym także ekipa rzeszowian. Ich srebrno-złoty "latający dywan" połyskuje w pojawiającym się właśnie między chmurami słońcu. Jedno trzeba tym chłopakom oddać - poszli ze swoim projektem na całość. I zgodnie z dewizą niemieckich inżynierów firmy Porsche: "w trosce o frajdę - nie uznają żadnych kompromisów". O rzeszowskim wehikule spokojnie można powiedzieć, że lata tak samo efektownie jak wygląda. Odrywa się przy bardzo niewielkiej prędkości, widać że jest trudny w sterowaniu, ale na pewno ma ogromny potencjał. Niestety fakt przekroczenia czerwonej linii bezpieczeństwa przekreśla ich pierwsze podejście. Lot bez obciążenia nie zaliczony.

Złą passę naszych rodaków kontynuuje zespół studentów z Warszawy. Ich ciekawy, dobrze zapowiadający się dwupłat podziela niestety los swoich poprzedników. Kierując się w stronę publiczności przekracza linię bezpieczeństwa, budząc istny popłoch wśród cofającej się widowni. Uniesiona ręka sędziego z czerwoną flagą jest jedynie formalnym potwierdzeniem faktu, że lot nie zostanie zaliczony.

Kilka efektownych "crashów" innych ekip później, na pasie startowym ustawiają się nasze krwiste winggridy, dumnie i prowokacyjnie wieńczące nasz samolot. Wszystkie spojrzenia zgromadzonych na trawie kierują się w stronę naszej konstrukcji. Z głośnika słyszymy zapowiedź i krótki komentarz MC o naszych wspaniałych i unikalnych winggridach. Teraz trzeba wszystkim udowodnić, że poznańska ekipa potrafi nie tylko dobrze się zaprezentować, ale także odzyskać dobre imię polskich zespołów. Samolot na 3/4 gazu powoli rozpędza się na równym betonie, żeby dosłownie po kilku metrach rozbiegu zerwać się do lotu. Tak jakby chciał jak najszybciej znaleźć się już w powietrzu u zapomnieć o ciasnej i dusznej skrzyni w której tłoczył się od kilku dni. Pewnie wspina się w górę i mimo kilku groźnych podmuchów wiatru zgrabnie utrzymuje swój kierunek lotu. Pilotujący go Maciej zawracając go w celu podejścia do lądowania, zauważa, że samolot jest za wysoko aby teraz przyziemić. Decyduje by odejść na drugi krąg. Podchodzi nieco dalej i mocniej wymuszając już utratę wysokości, pewnie sprowadza samolot na środek pasa. Dreszczyk emocji wśród załogi spowodowało kilka podskoków, które groziły wyjechaniem modelu na trawę. Maciej jednak bez problemu tłumi bounce'ującą maszynę i prowadzi ją środkiem pasa.

Podczas prac nad nowymi kółkami do modelu Micro dociera do nas informacja, że samolot klasy Advanced zespołu z Warszawy po dość spokojnym i pewnym przelocie, nagle stracił sterowność i rozbił się w krzakach. Jak dotąd nie wiedzie się kolegom ze stolicy. Uszkodzenia ich maszyny nie są nienaprawialne - kilka tubek kleju cyjanoakrylowego i powinno być ok. Pocieszamy kumpli i wracamy do swoich zabawek.

Kwadrans przed 11:00 do drugiego podejścia podchodzi model Micro biało-niebieskiej ekipy z Poznania. Na pokładzie 700 gram. Bartek mówi, że podnosząc taki ciężar i zaliczając pełne okrążenie uwieńczone lądowaniem z zieloną flagą, mamy spore szanse na uplasowanie się wśród pierwszej trójki. Przed nami w powietrze wystartował model, który nagle zaklaskał skrzydłami - oba złożyły się do góry i opuściły kadłub, który po chwili zetknął się z betonem niczym rakieta powietrze-ziemia. Biorąc pod uwagę niepowodzenie podczas naszego poprzedniego startu mamy pewne obawy przed tym lotem. Samolot zostaje ustawiony na starcie. Maciej ()ten młodszy) daje pełen gaz i po kilkunastu metrach model wyrywa się w górę. Od samego początku bardzo kolebie się na boki. Ciężko stwierdzić jakie odczucia ma teraz pilot, ale z boku lot wygląda na bardzo nerwowy. Czas na lekki oddech przychodzi dopiero w momencie, gdy samolot wzbija się już na pożądaną wysokość. Starania o utrzymanie modelu w locie nie zostaną wynagrodzone. Zauważamy powiewającą na dość konkretnym już wiaterku czerwoną flagę sędziego, oznaczającą że lot nie zostanie zaliczony - Maciej po starcie naruszył modelem strefę bezpieczeństwa, zbytnio zbliżył się do publiczności. Pilot zostaje poinformowany o tym fakcie przez asystenta. Za wszelką cenę próbuje bezpiecznie posadzić samolot na twardej nawierzchni pasa. Z trudem zbliża się na odpowiednio małą wysokość i przykleja mały CyanoPlane do betonu. Lot nie zaliczony, ale samolot zaliczył przynajmniej sprawdzian swoich właściwości lotnych. Są wyraźne przesłanki by sądzić, że przy dobrym wietrze i w sprzyjającym momencie, model Micro będzie miał okazję zawalczyć o swoje miejsce w konkursie.

O wpół do 12 model klasy regular ustawia się do tankowania i staje w kolejce do 2 lotu - pierwszego lotu z obciążeniem. Za naszymi plecami w rządku nasza krajowa konkurencja, czyli Rzeszów i Warszawa. Warto by im teraz pokazać kto tu rządzi - nadać tempo i zyskać przewagę. W tym podejściu dźwigamy od razu ciężar 8,9kg. Jest to analogiczna masa do tej jaką dał radę wznieść nasz aeroplan z edycji East 2009. Model po dosyć długim rozbiegu, anemicznie odkleja się od pasa i dostaje nagle w skrzydła strzał bocznego wiatru. Szybka kontra pilota w prawo i znowu poprawnym torem, model szerokim łukiem pokonuje pierwszy zakręt. Widać, że pilot stara się prowadzić samolot spokojnie, bez przechyłów - zatacza ogromny krąg nad okolicą. Z daleka widać jak maska naszego modelu powoli, płynnie obniża swoje loty. Kilka nerwowych korekt blisko ziemi i gdy tylko samolot pojawia się nad betonem, Maciej sadza maszynę na naszych superwymyślnych kółkach od rolek. Po locie okazuje się, że jeden z odciągów skrzydeł się wyczepił - to dlatego jedno skrzydło było w locie jakby bardziej giętkie. Pilot mówi że zauważył to już podczas lotu i dlatego zadbał o to by nie przeciążać maszyny zbyt gwałtownymi manewrami.

Nagroda za najlepsze show podczas lotu powędrować powinna do następnej ekipy, startującej bezpośrednio za nami, czyli rzeszowian. Ochrzczony już przez nas na dobre "Latającym Dywanem" samolot wierzga w powietrzu na wszystkie możliwe strony. Pilot musi nieźle się napocić. Po kilku minutach zmagań w powietrzu udowadnia, że ma stalowe nerwy. Za chwilę będzie musiał zmierzyć się z lądowaniem. Skoro przetrwał już tyle, na pewno nie sprzeda swojej skóry zbyt tanio. W odległości kilkunastu metrów od początku się pasa i na wysokości ok. 8m nad ziemią, model ze skręconym gazem praktycznie zawisa w powietrzu, kiwając się tylko raz po raz na boki, targany podmuchami złośliwego wiatru. Pilot w końcu zmusza samolot do uległości i po paru chwilach ostatnich walk z lotkami stanowczo i dobitnie przykleja model do pasa. To było pionowe lądowanie - samolot praktycznie nie poruszał się do przodu, wisiał tylko na wietrze. Gromkie brawa wśród publiczności - w naszym mniemaniu jak najbardziej zasłużone, pilot pokazał swój warsztat.

Warszawiacy nie mogą wyjść z dołka. Ich model klasy Regular, zwany pieszczotliwie "Kiwi", nie ma najwidoczniej ochoty na szybowanie nad teksańskim jeziorem. Posłuszeństwa odmawia silnik, po kilku nieudanych próbach rozruchu na pasie. Z kwaśnymi minami i spuszczonymi głowami schodzą na trawę.

Wszystkie ekipy są oryginalne i charakterystyczne. Jedna wybija się w szczególności spośród innych, dzięki militarnym uniformom. To ekipa żołnierzy AirForce, wychowanków szkoły wojskowej West Point. Wraz ze swoją konstrukcją, na równi z innymi ekipami, próbują swoich sił w dźwiganiu żelastwa.

O 13:00 przychodzi znowu kolej na zmagania klas Micro. Modeli coraz mniej, ale w stawce nadal poznańska maszyna broni się zaciekle. Zalicza kolejny lot, tym razem udany. Przy lądowaniu okazane pilotowi oklaski są najlepszą nagrodą za jego powietrzne zmagania.

Ogólny bilans zawodów jest bardzo korzystny. Mija połowa czasu, przeznaczonego na loty w dniu dzisiejszym a wszystkie nasze konstrukcje nie dość, że w stanie praktycznie nienaruszonym, to jeszcze z wywalczonymi wg naszych wstępnych kalkulacji dobrymi pozycjami.

Zainteresowanie konkursem nie maleje. Jedni widzowie obserwują zawody na stojąco, inni siedząc w swoich autach z włączonymi air condition'erami. Nawet przejeżdżający opasającą lotnisko drogą peleton rowerzystów, wyraźnie odwraca głowę, aby dostrzec co to za ustrojstwa latają im nad głowami.

Wszyscy, niezależnie od formy, z nieukrywanym entuzjazmem przeżywają konkursowe emocje. Pilot przelatującego nad nami transportowego C130 pozdrawia nas kiwając skrzydłami.

Przed 13:00 w kolejce do pasa startowego ustawia się długi rząd kandydatów z klasy Regular. Oczekujący na swoją kolej muszą wyczekać co najmniej pół godziny, co biorąc pod uwagę żar lejący się w tej chwili z nieba, nie jest do końca komfortową sytuacją. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Na szczęście krem z filtrem i przygotowane przez organizatorów wody mineralne pływające w wannie pełnej lodu pozwalają przeżyć ciężkie momenty. Nie ustaje ciągła obserwacja zmagań konkurencji. Nadszedł już czas, gdy wysilone silniki wyją już bardziej, a same samoloty zachowują się jakby były już wycieńczone. Niektóre ledwo mogą się wznieść, inne, początkowo bardziej zrywne i ambitne, kończą swój słomiany zapał wśród zarośli. Teraz bardzo wiele zależy już od umiejętności i wytrzymałości psychicznej pilotów. Udowadnia to dzierżący aparaturę wykupiony pilot jednej z ekip, który rozpaczliwie próbuje podciągnąć znacznie przeciążony model. Wiatr niestety mu nie sprzyja. Samolot kieruje się nieuchronnie ku trawie. Na wysokości 2m nad ziemią udaje mu się jakimś cudem złapać trochę wiatru w skrzydła i z pomocą chyba jakiś tajemniczych zaklęć odlecieć maszyną na bezpieczną wysokość. Wielkie owacje widowni spadają na odpowiedzialnego za lot, gdy maszyna po dłuższej chwili ociężale ląduje na miejscu, z którego wyruszyła.

Dochodzi 15:00 i słyszymy głos jednego z arbitrów, zezwalający nam na przepalenie silnika. Wszystko jak zwykle o.k., czekamy na lądowanie poprzednika i wyznaczona część drużyny biegnie spełniać dobrze już znane obowiązki startowe. Śmigło tnie już powietrze, co oznacza że załadowane 10,9kg będzie próbowało za chwilę zmierzyć się z grawitacją. Ku zaskoczeniu wszystkich, udaje się to bez większego trudu, szczególnie, że w momencie oderwania samolotu, wskaźnik wiatru ledwo co się poruszał. Maszyna bardzo spokojnie i dostojnie płynie w kierunku, jaki wyznacza Maciej. ?adnych nieprzyjemnych podmuchów, żadnych stresujących sytuacji. Nic już nie mogłoby przyćmić radości poznańskiej drużyny, gdyby nie piekielna czerwona chorągiew, która wyrosła na końcu pasa. Pech chciał, że impet z jakim Cyanoplan wyjechał z pasa na trawę, był tak duży, że osłabił elementy podwozia. Jedno z kółek odpadło. Zgodnie z regulaminem oznacza to niestety niezaliczenie lotu. Przy zanoszeniu modelu do Pit-Stopu, sędzia liniowy wyhacza Wojtka i mówi, że lot byłby niezaliczony także dlatego, że przednie kółko nie stykało się z pasem w momencie przekraczania linii kontrolnej. Gdyby przelot ten odbył się zgodnie z przepisami, mielibyśmy duże szanse na 2 miejsce.

Na godzinę przed końcem lotów, kończy się naprawa uszkodzeń w modelu Regular. Straty nie są poważne, ale istotne dla pomyślności kolejnych startów. Naprawy trzeba wykonać szybko i z głową. Tymczasem niezniszczalne jak do tej pory rodzime Micro nr 321 staje w szranki do kolejnego pojedynku o cenne punkty. Rzut oka na rzucającego cień kolosa klasy Advanced z warszawskiej stajni, ryczącego groźnie w powietrzu. Na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że konstruktorzy obładowali go dość zdrowo. Wychylenia drążków pilota można określić jako minimalne. Chwilę potem mija nas uradowana zawodniczka z ekipy ze stolicy, co zwiastuje pomyślne lądowanie ich czerwonego kolosa.

Chmury na dobre opanowują niebo. Pojawia się dość silny boczny wiatr. Poznańskie Micro rozpędza się na pasie. Udany zryw żywi nadzieje na wykonanie pełnego kółka, jednak następne chwile weryfikują wszystko. Boczny wiatr dosłownie wyrywa z rąk samolot Maćkowi. Udaje mu się co prawda wyjść z zakrętu, ale nagłej utracie wysokości nie jest już w stanie zapobiec. Obawa przed przeciągnięciem maszyny wygrywa, co niestety kończy się dość przykrym spotkaniem z rosnącym przy lotnisku drzewkiem. Model składa skrzydło po sobie po złamaniu dźwigara, ale nadal jest co zbierać i jest co naprawiać. Czas leci nieubłaganie, a nasz model jeszcze w alei serwisowej. Maciej łata podartą folię, Bartek prostuje wsporniki podwozia, a Marcin krząta się przy stołach, w celu zaopatrzenia wszystkich serwisantów w potrzebne instrumenta.

Patrzymy na zegarek, duża wskazówka depcze po piętach małej, co informuje, że mamy już 16:30 lokalnego czasu. Kolejka do ostatniej rozgrywki zaczyna się wydłużać, gdy podczepia się pod nią zrehabilitowany Regular w Poznańskim wydaniu. Niestety od tego momentu pogoda przestaje rozpieszczać zgromadzonych lotników. Porywisty boczny wiatr wzmaga się wyraźnie z minuty na minutę. Nie ma już chyba szans na bezwietrzne chwile, które można by spożytkować na spokojny start ze sporą zaliczką na pomyślny powrót na ziemię. Mija godzina 17:00 i linia oczekujących zaczyna przypominać skazańców czekających na nieuchronny wyrok. Praktycznie co druga maszyna odważnych ekip, decydujących się stawić czoła matce naturze, nie kończy lotu tak jak wyśnili to sobie ich konstruktorzy. Silny wiatr spycha wręcz samoloty po starcie i pokonaniu pierwszego łuku nad taflę pobliskiego jeziora. Pojawiające się na powierzchni białe grzywy piany nie wróżą pomyślnych warunków do udanych lotów. Przekonuje się o tym niestety również reprezentacja Politechniki Warszawskiej. Ich bohaterska i heroiczna postawa nie przynosi zakładanego spektakularnego zwycięstwa. Po ostatnich próbach wyrwania maszyny z rąk rozgniewanego wiatru, model głucho uderza o taflę wody, pędząc na spotkanie z dnem. Jak się później dowiadujemy tracą przy tej kraksie całe obciążenie, silnik i elektronikę. Wyłowione zostały tylko 2 płaty i ogon z usterzeniem. Warszawa ma co prawda zapasowy model, jednak zatopione właśnie ciężarki miały posłużyć im zarówno do obciążenia modelu klasy Regular jak i Advanced.

O 18:30. Docieramy do miejsca w kolejce, gdzie musimy zadecydować o dalszych losach samolotu. Do wyboru mamy wycofanie się z ostatniej próby albo postawienie wszystkiego na jedną kartę i lot modelem w niesprzyjających i zdradliwych warunkach, licząc na łut szczęścia. Po ekipie przechodzą zachowawcze głosy w tej sprawie, argumentowane dość jeszcze znacznymi szansami w jutrzejszym dniu. Zapada decyzja o rezygnacji z udziału w dzisiejszym dniu. Jutro od rana dorzucimy do pieca.

Zobacz dalszą część relacji.
 
do góry

 
Zlot Gigantów 2018
Grupa Akrobacyjna Żelazny
Oœrodek Szkolenia Lotniczego Żelazny 6
Rezerwacje obeiktów sportowych (squash, tenis, bowling) w ramach Studium Wychowania Fizycznego Politechniki Poznańskiej
Beata Choma
Latanie precyzyjne. Aeroklub Poznański
77 Szkoła Bezpiecznego Latania
SAE AeroDesign Politechnika Poznańska
Gliding Team Klinika Kolasiński
www.aerofoto-kaczmarczyk.com
Akademicki Klub Lotniczy Politechniki Poznańskiej
Akademicki Klub Lotniczy UAM
lotniczapolska.pl
CityZen
QR www.aeroklub.poznan.pl