Odwiedzin: 1871266 
 
Meteo











































  SAE AeroDesign West 2009 3/3  
  2009-03-09 21:30

Po kilku miesiącach zabiegów, ostatnich tygodniach ciężkiej pracy i dniach pełnych stresu powoli schodzi napięcie. Jednakowoż pozostała nam jeszcze jedna, związana z udziałem w zawodach, czynność do wypełnienia, a mianowicie wysłanie modelu do Polski. "Rdzeń zeszłorocznej ekipy" (czyli Wojtek, Marcin i Bartek) jadą do polskiej parafii zapakować w skrzynię modele, skrzynki ze sprzętem, materiały (sklejki, kleje, śruby itp). Tym razem po konsultacji z Julianem Oziemkowskim z DHL'u wybieramy opcję zlecenia odbioru przesyłki przez DHL z parafii, nie popełniamy zeszłorocznego błędu, który skutkował niemal 2 miesięcznym czasem przesyłki. Upewniamy się co do obecności karnetu ATA ... i zamykamy skrzynię. Miejmy nadzieję, iż tym razem model nie będzie błądził - w tym roku ma nawet szansę być w Polsce przed nami - jeśli oczywiście przebędzie Atlantyk równie szybko jak przed tygodniem.

Jest też już powoli czas na inne zajęcia. Radek z Piotrem odwiedzają Marka Małolepszego w firmie Gulfstream na Long Beech. Po południu całą ekipą jedziemy do Burbank, a potem przez Glendale i La Canada Flintridge ruszamy drogą #2 w góry San Gabriel Mountains. Droga bardzo malowniczo pnie się zakrętami w górę. Niektóre ze znaków drogowych są wielokrotnie przestrzelone - zwyczaj typowy dla pewnych krajów południowej Europy - i też obserwowany na terenach górskich - ech ci górale i ich fantazja :-)

Dojeżdżamy do trawersu góry Mt Wilson. Dalej nie ma sensu jechać - kilkadziesiąt metrów wyżej zalega gruba warstwa chmur, dodatkowo mamy informacje, iż droga jest zamknięta i nie przejedziemy nią na pustynię Mojave, co było naszym pierwotnym celem.

Dziś już w takim razie nie zobaczymy szczytów Twin Peaks.

Ruszamy w stronę Mt Wilson. Na poboczach zalega śnieg, nie dziwią zatem napisy ostrzegające, iż łańcuchy na koła mogą być w tej okolicy niezbędne w różnych porach roku. Jedziemy w gęstej mgle, niestety na końcu drogi znajdujemy tylko zabudowania obserwatorium. Temperatura niska - było nie było dopiero co skończył się luty, a my jesteśmy na wysokości ponad 1500m. Wracamy na dół, do krainy palm, kaktusów i słońca. Trzeba przyznać, bardzo urozmaiconą okolicę mają tubylcy. Godzina drogi wystarcza by ze słonecznej plaży Santa Monica przenieść się na pokryte śniegiem stoki Mt Wilson.

Na dole rzucamy jeszcze okiem do sklepów. Wysoki kurs dolara nie daje złudzeń - to nie ta siła nabywcza, którą mieliśmy w zeszłym roku, w czasach dolara za 2,2 zł ... ech, to se ne vrati ... aż się łezka w oku kręci.

Pozostaje jeszcze kilka dni do wylotu. W planach m.in. parki narodowe Sequoia i Kings Canyon. Plany dłuższych wyjazdów niweczą potężne odległości i brak czasu. Zresztą jest jeszcze przed sezonem, musimy sprawdzić dostępność poszczególnych dróg. Pozdrawiamy z ciepłej i słonecznej z jednej strony, z drugiej zimnej i mglistej – Kalifornii.

2009-03-10 23:00 Mission Hills

Brak konieczności wczesnego wstawania powoduje, iż dość niechętnie uwalniamy się z objęć Morfeusza przed godziną 10:00. Mimo, że jesteśmy tu już ponad tydzień, ciągle daje o sobie znać zegar biologiczny, którego nie zdołają oszukać żadne strefy czasowe.

Tym razem jednak, zwiększony apetyt na sen nie był podyktowany przedłużającą się aklimatyzacją, lecz wczorajszym nocnym wypadem na Downtown w Los Angeles. Późna pora sprawia, że przemieszczanie się autem po tym wielkim mieście, jest nienaturalnie szybkie i komfortowe. Szerokie ulice w samym centrum, krzyżujące się pod kątem prostym u podnóża kilkunastu dość wysokich wieżowców, w ciągu dnia po brzegi wypełnione są morzem aut, a chodnikami przelewają się tłumy spieszących wszędzie pieszych. Pozostawiając auto na jednej z opustoszałych ulic, udajemy się na krótką przechadzkę. Mijamy jedną przecznicę, drugą, następnie trzecią, mijając w tym czasie dosłownie kilku przechodniów.

Uderza nas brak życia nocnego, tym bardziej że na zegarku dopiero wpół do dwunastej. Zauważając po drodze kawiarnię, która okazuje się być czynna całą dobę, postanawiamy wstąpić na kawę oraz dobre ciacho. Bardzo miła i serdeczna obsługa kelnera, zachęca do pozostawienia napiwku, o wysokości którego (w końcu jesteśmy studentami) zaczynamy dyskutować. Otrzymując rachunek okazuje się jednak, że kelner wyręczył nas także z tego zadania. Na dole wydruku widzimy bowiem podsumowanie z uwzględnioną kwotą... "sugerowanego napiwku"...

W drodze powrotnej do hotelu, wypatrujemy na wzgórzach osławionego napisu "Hollywood", niestety bezskutecznie. Później okazuje się, że to jednak nie wina braku spostrzegawczości, po prostu to nie Las Vegas, nie wszystko musi uginać się pod ciężarem dziesiątek tysięcy żaróweczek.

W okolicach południa kolejnego dnia witamy w Beverly Hills, czujnie spoglądając zza okien naszego auta - może uda się dostrzec kogoś sławnego. Tocząc się w korku bulwarem Beverly, pośród luksusowych aut i równo przystrzyżonych żywopłotów, docieramy do wielkiej galerii handlowej.

Po zaparkowaniu auta na jednym z poziomów kilkupiętrowego parkingu, część ekipy od razu rzuca się pędem do butików i sklepów z markową odzieżą. Odnajdują się po jakimś czasie z torbami w dłoniach. Reszta, mniej wygłodniała kapitalistycznych uciech, część zespołu od niechcenia przechadza się po sporym kompleksie. Po wyjściu zza rogu, zauważamy jakieś zbiegowisko, pośród której wyłania się osoba z kamerą na ramieniu. Zaciekawieni podchodzimy bliżej. W centrum uwagi okazuje się być znany m.in. z "Nieustraszonego" lub "Słonecznego Patrolu" sam David Hasselhoff, tym razem reklamujący ochoczo jakąś nową grę komputerową. Podzieleni jednak zdaniem co do tego, czy warto mieć z nim zdjęcie czy też nie, po chwili opuszczamy małe zbiegowisko i opuszczamy galerię.

Widniejący na horyzoncie napis "Hollywood" przyciąga nas do siebie jak magnes. Dojazd do niego na dogodną odległość w celu wykonania cennych fotek, okazuje się być dość niełatwym zadaniem. Po objechaniu sporej ilości uliczek u podnóża celu, dojeżdżamy w końcu do miejsca, gdzie widoczny jest zarówno wielki znak rozpoznawczy tego regionu jak i szeroka panorama na Downtown Los Angeles.

Po zrobieniu masy zdjęć w możliwie wszystkich pozach, wraz z towarzyszącym nam zachodzącym słońcem, wracamy do hotelu.

W dniu dzisiejszym opuścił nasze zgrupowanie Piotr, dyrektor Aeroklubu Poznańskiego. Rano jeszcze wybrali się z Radkiem na pobliskie lotnisko Whiteman Airfield. Malutkie w porównaniu z Van Nuys - stojanek na jakieś 150 samolotów, do tego pewnie drugie tyle w hangarach. W Van Nuys jest 800 stałych użytkowników lotniska i 400.000 operacji w ciągu roku (startów i lądowań) ...

Przy wjeździe na międzynarodowe lotnisko LAX kilka radiowozów policyjnych, psy i groźnie wyglądający policjanci. Tym razem nie wykazują szczęśliwie zamiaru przeglądania zawartości naszego samochodu.

2009-03-14 20:00

Po dłuższej przerwie w prowadzeniu relacji wracamy do opisu zdarzeń oczekując na samolot, którym z Amsterdamu dotrzemy do Berlina. Cofnijmy się jednak o dwa dni wstecz, do słonecznej Kalifornii. Wspomnienie tym milsze, jako że w Amsterdamie siąpi deszcz, a temperatura jest o 10°C niższa niż w LA.

W środę wybraliśmy się autostradą Pacific Coast Highway zwaną także Big Sur wzdłuż wybrzeża Pacyfiku z miejscowości Santa Monica do Malibu. To zaledwie kilkadziesiąt kilometrów drogi o łącznej długości kilkuset kilometrów. Droga bardzo malownicza, w odróżnieniu od typowych amerykańskich autostrad wspina się na przybrzeżne wzgórza dając pasażerom wspaniały widok na położony poniżej Pacyfik.

Zatrzymujemy się na plaży w Malibu. Plaża jak w Polsce, tyle że dużo szersza, piasek o nieco grubszej gramaturze. Różnica tkwi w wodzie - po chwili obserwacji dostrzegamy płetwy grzbietowe delfinów albo nawet jakiś wielorybów. Zoologami nie jesteśmy, trudno powiedzieć co to za stworzenia. Chyba jednak nie rekiny?

Leżymy leniwie na plaży, niektórzy moczą stopy w zimnym oceanie, Marcin wykazuje się dużymi umiejętnościami w puszczaniu kaczek. W pobliżu korzystając z niewielkich co prawda fal trenują początkujący surferzy. Nieco dalej inna ekipa gra w siatkówkę plażową, inni bawią się friesby ... atmosfera jak w wakacje w Kołobrzegu, pomimo że ciągle trwa zima - w tym otoczeniu perspektywa powrotu za trzy dni do zimowych warunków w Polsce jest dla nas trochę nierealna.

Wracając do LA słyszymy w radiu popularną ostatnio piosenkę Katy Perry "Hot n Cold" - jedno ze słów występujących w piosence, uznawane powszechnie za niecenzuralne, zastąpione zostaje ciszą - ciekawy kraj ta Ameryka ...

Brniemy w kalifornijskich korkach do centrum LA. Znów zbłądzamy w okolice znaku Hollywood, mijając po drodze studia Warner Bros i cmentarz. Jest on inny od polskich, chyba tylko kremacyjny - w równo przystrzyżonym trawniczku widoczne są jedynie płaskie płyty nagrobne, kwiatów i zniczy też nie za wiele.

Po drodze, w okolicach ZOO LA, napotykamy wałęsającego się ni to lisa, ni to jakiegoś szakala - znów kłania się nasza słaba znajomość amerykańskiej fauny. Pewnie jakiś uciekinier z ZOO - długo się nie powłóczy, pewnie poluje już na niego jakiś hycel ...

Wieczorem lokalna telewizja Fox11 LA urządza sobie reality show. Na drodze z LA do San Diego jakaś kobieta jedzie z prędkością 100 mil na godzinę. Taka prędkość w Niemczej nie zostałaby dostrzeżona, ale jesteśmy w Stanach. Policja rozpoczyna pościg, uciekający samochód jest oświetlany szperaczem z policyjnego śmigłowca. Obok leci śmigłowiec telewizji filmujący cały epizod - stąd właśnie całe reality show. W okolicach San Clemente radiowozy czyszczą autostradę przed i za uciekającym samochodem. Wreszcie jeden z radiowozów z rozmysłem zahacza od tyłu uciekające auto, które wykonuje obrót o 180° i wpada do rowu. Policjanci się nie spieszą, działają zgodnie z procedurami, "the show must go on". Akcja kończy się ujęciem pokonania paralizatorem oraz wyciągnięciem kobiety z wozu i zakuciem w kajdanki. Na pewno wzrosła im oglądalność ...

Wieczorem Marcin "wkręca" jednego z członków ekipy. Przy okazji zmiany pokoju w jego ręce trafiają dwa piloty od TV. Chowając jednego pod pościelą przełącza w ukryciu kanały budząc spore zdziwienie wkręcanego, który podobno dysponuje jedynym pilotem. Potem dochodzi jeszcze skojarzenie zmian TV w zależności od pozycji przełącznika światła. Marcin przełącza kanały synchronicznie wraz z włączaniem/wyłączaniem światła. "Wkręcany" jest zszokowany, pojawiają się fantastyczne teorie na temat fal elektromagnetycznych itp. Wszyscy trzymają gębę na kłódkę do końca wyjazdu - "wkręcany" zostanie nieświadomy aż do przeczytania tej relacji po powrocie ... a może nie przeczyta - wtedy jeszcze przez lata będzie wspominał dziwne zachowanie pilota w hotelu w Mission Hills.

W kolejnym dniu, już przedostatnim naszego pobytu w USA, decydujemy się na wyjazd do muzeum lotniczego w Chino, w odległości 60 mil od hotelu. Wcześniej sprawdzamy status przesyłki DHL (list przewozowy #8683048172 http://www.dhl.com). Model spakowany w poniedziałek został odebrany we wtorek, jednak na stronie pojawia się jakaś informacja o jego przetrzymywaniu. Trochę nas to niepokoi, pamiętamy zeszłoroczne przygody. Szczęśliwie jest to już droga powrotna, taka sytuacja w przeciwnym kierunku mogłaby całkowicie zaprzepaścić nasze kilkumiesięczne przygotowania do zawodów.

Jadąc autostradą #10 pokonujemy bezkresne przestrzenie Kalifornii - klimat pogłębia muzyka Dire Straits płynąca z głośnika. Na północ od nas wznoszą się na ponad 3000m skaliste szczyty gór San Gabriel Mountains z najwyższym szczytem Mount San Antonio.

Koło godziny 11:00 dojeżdżamy do Chino. Zanim jeszcze nawigacja GPS informuje nas o dojechaniu do celu pojawia się drogowskaz "Air Yanks Muzeum". Wydawało nam się, że ma być to trochę dalej - ale jak air museum to air museum. Płacimy $10 od łebka (miało być $11 według strony internetowej - trochę dziwne, ale za chwilę okaże się, skąd to się wzięło) i zagłębiamy się w czeluście przepastnych hangarów. Lśniące chromem samoloty przeplatają się z krytymi płótnem dwupłatowcami. Wszystko w doskonałym stanie. W wielu przypadkach pod silnikami tace na zużyty olej - znak, że to nie tylko eksponaty statyczne. O samych modelach wiele by opowiadać - lepiej nasze odczucia oddadzą zdjęcia z galerii. Największe wrażenie robi oczywiście P-51 Mustang - po prostu bardzo ładny samolot i tyle.

Oprócz samolotów muzeum eksponuje różnego rodzaju pamiątki, elementy wyposażenia, kombinezony itd. Jest także symulator lotu - słynny Link Trainer. Co ciekawe - i niespotykane w europejskich muzeach - trasa wiedzie także poprzez warsztaty, w których na bieżąco pracują mechanicy przywracający samoloty do stanu świetności sprzed lat. Jeden z nich oprowadza nas po poszczególnych stanowiskach opowiadając o historii każdego z eksponatów.

Po 2.5 godzinie zmęczeni ale wielce usatysfakcjonowani wychodzimy z muzeum po drodze zatrzymując się jeszcze w sklepie z upominkami. Naszym łupem padają zawieszki i kultowe plakaty (w stylu pin-up girls). Do pubu w Aeroklubie Poznańskim kupujemy jeszcze wiatrak sufitowy w kształcie śmigła i dziobu samolotu P-40 Warhawk. Jak się później okaże nawet masywna konstrukcja mocowania śmigieł nie do końca wytrzymała trudy podróży. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Wyjeżdżając z muzeum skręcamy jeszcze w stronę, gdzie powinien znajdować się port lotniczy. Po chwili sytuacja się wyjaśnia - pojawiają się niewidoczne do tej pory drogowskazy muzeum "Planes of Fame". Po chwili jesteśmy na miejscu - to jest właśnie to muzeum, do którego jechaliśmy. Ponad 130 samolotów, i niemal wszystkie sprawne i latające! To dopiero dla nas uczta. Przy poszczególnych samolotach informacje, w których filmach występowały. Wszystkie pięknie pomalowane, błyszczą się od chromu. Jakie tam zobaczyliśmy typy - widać na zdjęciach. Warto wspomnieć o polskiej TS-11 Iskra. W muzeum odnajdujemy An-2, Mig'a-21, Mig'a-15. Po niemal 5 godz. spędzonych w obu muzeach mamy już powoli dość. Tyle samolotów, w dodatku sprawnych i gotowych do lotu, to już dosyć wrażeń jak na jeden dzień. Na koniec obserwujemy jeszcze próbę silników jednego z samolotów, po czym zwijamy manatki i ruszamy w drogę powrotną.

Na wyjeździe z lotniska napotykamy jeszcze jedną ciekawą tablicę ostrzegawczą z zapytaniem "Czy zamknąłeś plan lotu?". Kawałek metalu, a ile może zaoszczędzić problemów. Warto skopiować ten pomysł na nasze podwórko.

Wieczorem jeszcze raz wybieramy się do Tujunga na kolację na zaproszenie Marka Małolepszego. Po gościnnym przyjęciu jakiego doświadczyliśmy ze strony Marka i jego rodziny stwierdzamy, iż musimy wrócić na SAE AeroDesign koniecznie na edycję zachodnią, która ma się odbyć w przyszłym roku także w LA w tym samym terminie.

W nocy rozpoczynają się próby pakowania tego co ze sobą przywieźliśmy i souvenirów które wywozimy. Ze względu na kurs dolara nie było tego zbyt wiele, niemniej dużym wyzwaniem staje się zapakowanie butelek z prawdziwym kalifornijskim winem produkowanym przez Marka w jego prywatnej winnicy. Kalifornia było nie było słynie na cały świat z doskonałych win, grzechem byłoby nie zabrać ze sobą kilku butelek, tym bardziej że Marek produkuje je w tradycyjny sposób odbiegający od tradycyjnej technologii nieprzypadkowo kojarzonej z nadmiarem siarki. Innych souvenirów nie ma za bardzo co zabierać - plastikowe buble z kramów na Hollywood Bulevard nie stały nawet obok kolorowych muszelek i bursztynów, które można kupić choćby w Kołobrzegu.

W piątkowy poranek pozostają nam jeszcze drobne zakupy w sklepie modelarskim i pilot-shop'ie na lotnisku Van Nuys. Faculty Advisor w końcu ulega podpuchom ze strony Bartka i Marcina i wchodzi w posiadanie śmigłowca Blade MCX. No zobaczymy jaki z niego będzie pilot modelarski ...

Zdajemy Toyotę w wypożyczalni i konsumujemy ostatniego w tym roku hamburgera na amerykańskiej ziemi. Wybieramy In'n'out - jak się wydaje są one jeszcze najbardziej zjadliwe ze wszystkich, z którymi spotkaliśmy się w Kalifornii (o ile hamburgera można nazwać "zjadliwym" :-). W każdym bądź razie znów niektórzy członkowie ekipy odgrażają się, że długo nie wezmą tego typu fast-food'a do rąk. Było nie było - 10 dni na tym jedzeniu to potężne wyzwanie dla naszych organizmów :-)

W transporcie na lotnisku znów pomaga nam Marek. My dysponujemy już tylko jednym samochodem, jego pomoc i pick-up Toyota Tacoma oszczędza nam kilka godzin dojazdów i tłoczenia się jak sardynki w malutkim Dodge'u Caliber (choć i tak wszyscy nazywają go Oplem Calibrą po tym jak nazwał go tak niegramotny w samochodach Faculty Adviisor).

Marek dowozi bagaże i część ekipy pod terminal. Reszta jedzie Dodge'm do wypożyczalni Thrifty. Odczytujemy wskazanie licznika kilometrów - samym tylko Dodgem przekulaliśmy 1269 mil, to ponad 2000 km (przez 10 dni). Toyotą zapewne zrobiliśmy trochę mniej, ale też ponad 1000 km. To świadczy tylko o odległościach, z jakimi mamy do czynienia w USA. Coś co wydaje się żabim skokiem lub rzutem beretem, często okazuje się długim dystansem.

W porcie kładziemy na wagę nasz torby. I tutaj zagwozdka. Faculty Advisor o 1.5 kg przekracza dopuszczalne obciążenie 25 kg za co obowiązuje całkiem niezła dopłata - $50. Chwila grzebania po torbie i na światło dzienne wędruje przyczyna tego stanu rzeczy - jedno z kalifornijskich win od Marka wędruje do torby Krzycha. Pozostałe bagaże przechodzą pomyślnie ważenie jak i kontrolę promieniami rentgena. Jeszcze tylko kontrola osobista - bez butów - i można pakować się do samolotu. Co ciekawe, odprawę bez problemów przechodzą prawdziwe kalifornijskie pomarańcze zrywane prosto z drzewa - podarowane nam przez Marka Małolepszego.

Podróż przebiega standardowo, 10 godzin na pokładzie Boeinga 747-400 KLM mija chyba szybciej niż tydzień temu. Gnani tylnym wiatrem na 11.000m osiągamy prędkość ponad 1000km/h względem ziemi. Noc jest krótka, po pokonaniu 9000 km lądujemy o 12:30 czasu lokalnego w Amsterdamie. Pogoda - jak poprzednio - wszawa. Prawie 3 godziny oczekiwania na samolot upływają szczęśliwie w dobrych warunkach. Na koniec jeszcze żabi skok do Berlina i po kolejnych 50 minutach lotu jesteśmy na lotnisku Tegel.

Chwila tętniąca emocją - dotarły bagaże czy nie? Szczęśliwie są ... ale ... co to za zapach wina? Pierwszą plamę odnajdujemy na plecaku FA, drugą na torbie Krzycha. Aż strach otworzyć - co tam zobaczymy. Szczęśliwie okazuje się, iż u Krzycha to tylko plama od zewnątrz; w środku nie ma zniszczeń. U FA co prawda jedna butelka jest zbita, ale pozostałe ocalały. W dodatku poza jedną koszulką, w którą butelka była zawinięta, pozostałe rzeczy ocalały - profilaktycznie owinięte torbami foliowymi.

Wsiadamy w 3 samochody, które po nas przyjechały i po prawie 10 dniach razem tym razem rozdzielamy się by ruszyć w drogę do Poznania.

Podsumowanie

Drugi start poznańskiej ekipy w zawodach SAE AeroDesign można uznać prawie za zamknięty. Prawie - gdyż ten rozdział zamkniemy dopiero po powrocie modelu z USA (a nauczeni zeszłorocznym doświadczeniem wiemy, że może to trochę potrwać).

Start w tegorocznej imprezie był możliwy dzięki finansowemu wsparciu ze strony Miasta Poznań i Politechniki Poznańskiej. W szczególności należy wymienić osobę JMR prof. Adama Hamrola i prorektora prof. Stefana Trzcielińskiego. Finansowo projekt wsparli także dziekani prof. Konrad Skowronek (Wydział Elektryczny), prof. Jerzy Nawrocki ((Wydział Informatyki i Zarządzania) i prof. Janusz Wojtkowiak (Wydział Budownictwa i Inżynierii Środowiska). Wsparcia udzieliły nam także DHL i Aeroklub Poznański. Tradycyjnie już uzyskaliśmy wielką pomoc od Towarzystwa Chrystusowego w osobie ks. gen. Tomasz Sielickiego i ks. prob. Marka Ciesielskiego. Dużą pomoc podczas budowy samolotu udzielili wspierający nas modelarze i sklepy modelarskie. Wspaniała gościna ze strony Marka Małolepszego i jego rodziny pozwoliła nam na szybką aklimatyzację i będzie przez nas długo wspominana.

W aspekcie wyniku zawody należy uznać za bardzo dla nas udane - choć oczywiście pewien niedosyt pozostał. Ale tak być musi - i to właśnie napędza nas pozytywnie przed kolejnymi zawodami. Zaliczenie lotu pustego pozwoliłoby nam wdrapać się o dwa oczka wyżej. Jeszcze lepsze miejsce, być może nawet pudło, było w naszym zasięgu, gdyby udało się nam wykonać lot z obciążeniem 24.5 funta. Próba oderwania się od ziemi była udana, niestety decyzja o przerwaniu startu zaprzepaściła szansę, której już nie dostaliśmy ponownie ze względu na późniejsze pogorszenie pogody (wzrost temperatury w bezwietrznych warunkach). Trudno oczywiście wyrokować czy lot z tym obciążeniem był możliwy. W trochę innych warunkach, bez stresu i z dłuższym pasem startowym zweryfikujemy udźwig modelu na Bednarach podczas Zlotu Gigantów.

Wyraźnie w bieżącym roku zaprocentowało doświadczenie zdobyte na zeszłorocznych zawodach. W rywalizacji polskich ośrodków akademickich uplasowaliśmy się zdecydowanie przed Wrocławiem i Rzeszowem. Niemniej należy podkreślić, iż koledzy z zaprzyjaźnionych uczelni potwierdzili wysoki poziom i tkwiący w nich potencjał, w tym roku zabrakło trochę czasu i doświadczenia, za rok będą już groźnymi przeciwnikami.

Dobry wynik był rezultatem kompromisu pomiędzy bardzo skrajnymi wymaganiami i oczekiwaniami ze strony konstruktorów, pilotów i modelarzy, którzy wchodzą w skład ekipy. Jednocześnie na płaszczyźnie działalności organizacyjnej i public-relations odnotowaliśmy znaczny postęp. Tym samym podstawowy efekt konkursu jakim jest interdyscyplinarne współdziałanie studentów reprezentujących różne kierunki i wydziały został osiągnięty.

Zamykając bieżącą relację nie przerywamy naszej działalności publicystycznej aż do przyszłego roku. SAE AeroDesign to projekt ciągły, nie okresowy. Zapraszamy na stronę www.aerodesign.com.pl na której będziemy umieszczać informacje związane z podejmowanymi przez nas działaniami i pokazami. Staramy się wspomagać działalność promocyjną Politechniki Poznańskiej udzielając się na wszelkiego rodzaju drzwiach otwartych i targach edukacyjnych. Wszystko to wpisuje się w ideę budowy i umacniania w Poznaniu silnego i dominującego ośrodka akademickiego, poszerzonego o technikę lotniczą.

Cytując prof. Jerzego Nawrockiego, dziekana Wydziału Informatyki i Zarządzania, można stwierdzić, iż konkursy typu SAE AeroDesign przekształcają kształcenie z wykładowo-podręcznikowego (learning by reading) na projektowe (learning by doing). Cieszymy się iż Miasto Poznań i władze Politechniki Poznańskiej umożliwiają studentom taki tryb studiowania oddający rzeczywistą istotę studiów technicznych i dający młodym, zdolnym ludziom wiele satysfakcji i dodatkowych umiejętności.

Kończąc pozostaje nam zaprosić w nasze szeregi studentów, zwłaszcza I i II roku, którzy czują klimat opisany w naszej relacji i uważają, że ich umiejętności - nie tylko modelarskie, ale także organizacyjne, marketingowe, lingwistyczne, graficzne czy konstrukcyjne - mogą się przydać reprezentacji Politechniki Poznańskiej. Uzyskiwane przez nas rezultaty byłyby bowiem jeszcze lepsze, gdyby także w ramach uczelni istniała możliwość współzawodnictwa i rywalizacji.

Pozdrawiamy i powoli zaczynamy aklimatyzować się w tej dziwnie pochmurnej i zimnej pogodzie oraz w jakichś przestawionych ramach czasowych. Dobranoc.

2009-03-25 12:00

Po dwutygodniowej podróży skrzynka z modelem dotarła bezpiecznie do Polski.
 
do góry

 
Zlot Gigantów 2018
Grupa Akrobacyjna Żelazny
Oœrodek Szkolenia Lotniczego Żelazny 6
Rezerwacje obeiktów sportowych (squash, tenis, bowling) w ramach Studium Wychowania Fizycznego Politechniki Poznańskiej
Beata Choma
Latanie precyzyjne. Aeroklub Poznański
77 Szkoła Bezpiecznego Latania
SAE AeroDesign Politechnika Poznańska
Gliding Team Klinika Kolasiński
www.aerofoto-kaczmarczyk.com
Akademicki Klub Lotniczy Politechniki Poznańskiej
Akademicki Klub Lotniczy UAM
lotniczapolska.pl
CityZen
QR www.aeroklub.poznan.pl