Odwiedzin: 1899646 
 
Meteo











































  SAE AeroDesign West 2009 2/3  
  2009-03-07 01:00

Dziś inauguracja konkursu, dzień, w którym nasz samolot zostanie oficjalnie zaprezentowany podczas kilkunastominutowej prezentacji w hotelu AirTel Plaza.

Tuż po godzinie 9:00 składamy podpisy pod regulaminem i zostajemy "zaobrączkowani" przez organizatorów (opaski na nadgarstek). Przechodzimy pomyślnie rejestrację, odbieramy jeszcze koszulki i czapki z logo SAE. W chwili gdy Wojtek stanie przed szanownym jury, tylko od niego zależeć będzie, jak wypadnie nasze dzieło w oczach specjalistów. Jest o co walczyć, za część teoretyczną zdobyć można znaczną część punktów. Model już gotowy, prezentacja zapięta na ostatni guzik, presja daje się we znaki.

Aby upuścić nieco ciśnienia i odreagować przed popołudniową prezentacją organizujemy kilkugodzinny wypad do sąsiedniego miasta Santa Monica. Malownicze wybrzeże, skaliste wzgórza oraz szeroka i piaszczysta plaża sprawiają, że przez moment zapominamy o towarzyszącym nam napięciu. W tym samym czasie Radek i Piotr szybują gdzieś pod błękitem nieba, napawając się niecodziennymi widokami ... ale może oddajmy głos Faculty Advisor'owi.

Rano wybraliśmy się z Piotrem do Marka Małolepszego, polskiego szybownika od lat zamieszkałego w miejscowości Tujunga, 10 mil od naszego hotelu. Wcześniej jeszcze tankujemy paliwo do Toyoty. Miło jest obserwować tankowanie do pełna takiego paliwożernego potwora za jedyne 30 dolarów ... Na krzyżówkach osiedlowych amerykańskie rozwiązanie: 4 znaki STOP na każdej uliczce dojazdowej. Pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy dojedzie i zatrzyma się na STOP'ie. Wydaje się to kontrowersyjne, ale działa znakomicie. Myślimy jednak iż w Polsce absolutnie by się nie sprawdziło ...

Marek wita nas śniadaniem. Chleb pochodzi z piekarni prowadzonej przez Szweda. Wreszcie w ustach mamy prawdziwy europejski chleb. Niebo w gębie. Marek pokazuje nam dom i jego dumę - pólko z 80-cioma krzakami winogron. Po trzech latach hodowli dochowuje się już zbiorów. Po obfitym śniadaniu ruszamy na lotnisko Krey Field. Droga bardzo ciekawa, odcinek pomiędzy Santa Clarita a Palmdale (autostrada 14) bardzo przypomina Kretę - uboga roślinność spalona słońcem, czerwona ziemia, autostrada wije się zakrętami w wąwozach wyciętych w skałach. Po wjechaniu drogą 138 na płaskowyż położony na wysokości 1000 m npt teren się wypłaszcza. Zaczyna się pustynia Mojave. Widoki znane z amerykańskich filmów, np. z takiego - może delikatnie powiedziawszy niezbyt ambitnego - "Wzgórza mają oczy".

Drogą szutrową docieramy wreszcie na lotnisko. Szybowce zakotwiczone stoją na dworze. Wszystkie metalowe - suche powietrze i pustynny wiatr im nie szkodzą, tylko piasek szlifuje malowane powierzchnie. Pomieszczenia klubu ... spuśćmy może zasłonę miłosierdzia. Najlepszy jest komentarz Marka - Amerykanie nie wydadzą ani jednego dolara więcej niż potrzeba. Strach trochę siadać na fotelach widząc chmurę kurzu, która się z nich unosi. Jesteśmy drudzy w kolejce. Obserwujemy kozackie lądowanie dwóch staruszków, po czym Radek pakuje się do kabiny. Wieje bardzo silny wiatr. Jak to na Amerykę przystało - baaaaaardzo dłuuuga lina. Wyczepienie na 5000ft, 2000ft nad lotniskiem, jakieś 700m. Dookoła pustynia, nieliczne tylko farmy. Na południu wysokie na 2700m npm góry, na północy widoczna plama słonego jeziora i słynnej z lądowań kosmicznych wahadłowców bazy Edwards. Chwila krążenia przynosi 1000 stóp zysku wysokości, ale nieubłagany wiatr odpycha od lotniska. Po dwuzakrętowym kręgu jesteśmy na ziemi. Do szybowca pakuje się Piotr, Radek tymczasem wsiada do samochodu i pomyka do Hotelu Airtel, w którym powoli zaczynają się przygotowania do rozpoczęcia części teoretycznej zawodów.

Odbierzmy teraz głos opiekunowi. Po powrocie z Santa Monica pakujemy model do samochodu i śmigamy do Hotelu Airtel. Położony jest on tuż przy lotnisku Van Nuys, o którym mówi się, iż jest największym lotniskiem General Aviation na świecie, z ponad 800 samolotami stacjonującymi tam na stałe. O tym, że hotel ma lotniskowy charakter przekonujemy się już przed wejściem - wypolerowana blacha osłony gwiazdowego silnika służy za kontuar. W holu potężny model samolotu pasażerskiego.

Na sali konferencyjnej rozkładamy model pośród innych uczestników konkursu. Podobne uwagi jak na zeszłorocznych zawodach - dosyć niska jakość wykończenia modeli. Poza tym pojawiają się bardzo kontrowersyjne rozwiązania poszczególnych elementów modeli. Wojtek wbity w garnitur zaczyna nerwowo spacerować - odznaka stresu przed nadchodzącą konfrontacja - to on produkuje się na prezentacji. Tymczasem Marcin kończy naklejanie numerów startowych i około godz. 16:15 rozpoczyna się badanie techniczne naszego modelu.

Badanie przeprowadza Tony di Leo i Bob Joyce. Widać, że model im się podoba. Co najważniejsze, zgadzają się wszystkie wymiary. Problem jest tylko z wysokością. Bartek organizuje szybko śrubokręt i reguluje przednią goleń. Długie ramię powoduje, że 3mm różnicy z przodu wystarcza do poniesienia ogona o wymagana wielkość. Jurorzy wypowiadają się pozytywnie o gumowych amortyzatorach mocowania łoża silnika, z drugiej strony kwestionują przyczepienie na velcro odbiornika radiowego. Na koniec doczepiają się do czeskiego błędu co do opisu środka ciężkości. Po konsultacji z głównym sędzią stwierdzają jednak, że za zgodność modelu z raportem technicznym przyznają nam 0 punktów karnych.

Ciśnienie w ekipie rośnie. Udało się. Komisja nie wyłapała żadnych rozbieżności pomiędzy raportem a modelem. Spodziewaliśmy się, że jakieś mają prawo wystąpić.. Ale nie ma czasu na rozważania. O 16:30 przechodzimy do pokoju, w którym ma odbyć się prezentacja. Początkowo laptop komisji nie wyświetla obrazków w prezentacji Power Point. Szybko montujemy nasz komputer - problem rozwiązany. Wojtek z typową dla siebie swadą i amerykańską flegmą prezentuje nasze dokonania. W swoich rozważaniach wychodzi nawet tak daleko, iż twarzach członków ekipy budzi wyraz zdziwienia. Mówi coś o testowaniu śmigieł na hamowni. Nie pamiętamy co prawda tego faktu, ale trzyma się to wszystko kupy. Po przypomnieniu przez przewodniczącego komisji o kończącym się czasie Wojtek przyspiesza, aby zakończyć dokładnie o czasie. Padają pytania ze strony komisji. Tym razem - w odróżnieniu od zeszłego roku - pytania są dosyć proste. Wojtek radzi sobie z nimi bez problemu. Perfekcyjna prezentacja.

Po zakończeniu przesłuchania ruszamy na lotnisko, aby porobić trochę zdjęć z modelem wraz z ekipą na tle lotniska. Po zakończeniu konkursu model niekoniecznie będzie w jednym kawałku. Kończymy zdjęcia w blasku zachodzącego słońca. Z lotniska wracamy do Hotelu Airtel na ciepła pizzę serwowaną przez organizatorów i odprawę, podczas której dowiadujemy się, iż zajęliśmy 10 miejsce wśród 31 drużyn. Bardzo dobre do ataku na pierwszą trójkę. Poznań obronił swoją wysoką pozycję wśród polskich ośrodków akademickich. Wrocław zajął miejsce 20, Rzeszów 24. Z drugiej strony to są pierwsze chłopaków zawody, przyjechali zdobyć tu doświadczenie. A my to w końcu starzy wyjadacze ...

Zmęczeni wracamy do hotelu. Radek z Bartkiem jadą jeszcze po Piotra do Marka Małolepszego. Dziś wcześniej wybieramy się do łóżek. Jutro zaczyna się konfrontacja, którą zamierzamy transmitować on-line na drugą półkulę. Spróbujemy redagować rano relację poprzez GPRS, co będzie odbierane w Polsce w godzinach popołudniowych. Zapraszamy do lektury relacji i mówimy dobranoc.

2009-03-07 12:00

Dziś pobudka wcześnie rano, o godz. 6:30. Jutro będzie jeszcze wcześniej - w niedzielę wypada zmiana czasu.

Na lotnisko Apollo XI docieramy o 7:30. Leży na prostej lotniska Van Nuys szczycącego się liczbą 400.000 operacji rocznie - to widać. Co po chwilę przelatują niziutko nad nami samoloty: od C150 zaczynając, na potężnych odrzutowcach kończąc.

Na naszym stanowisku wywieszamy dużą, 3-metrową polską flagę, ustawiamy roll-bar naszego sponsora, Miasta Poznań. Na tle innych ośrodków akademickich wyglądamy bardzo profesjonalnie.

Próbujemy połączyć się z internetem po WiFi i GPRS'ie, niestety próby spełzają na niczym. Tym samym nie uda nam się wrzucać relacji na bieżąco szkoda.

W tym roku na lotnisku jest znacznie bardziej bezpiecznie - organizatorzy zapewnili dużo większe strefy ochronne, do których publiczność nie ma dostępu.

Pierwsza do lotów przystępuje klasa Micro, po niej rozpoczyna starty klasa Regular. O godzinie 8:50 odnotowujemy pierwszą kraksę - nie naszą.

Pogoda jest bardzo ładna: jest słonecznie, na niebie trochę cumulusów, wieje słabiutki wiaterek. Temperatura umiarkowaną rzędu 20'C, co pozytywnie wpływa na pracę silnika.

Kolejny lot udany, kilka modeli ma problemy z silnikiem i nie przystępuje do lotu. Następny samolot przeciąga po starcie i wali majestatycznie w pas. Do startu mamy do dyspozycji 200 stóp, do lądowania 400.

O godz. 9:06 nasi idą na pas. O 9:07 startujemy. Samolot lata bardzo ładnie, robi dwa kręgi. O 9:09 ląduje poprawnie, mieści się w pasie, rozlegają się gromkie oklaski. I co? Otóż lot "prawie" udany. Prawie, gdyż znów daje znać o sobie regulamin. Nerwy powodują błąd pilota - robi zakręt na kilku metrach zamiast lecieć po prostej; łamie tym samym zapis regulaminu mówiący o wykonaniu zakrętu dopiero po przekroczeniu linii wyznaczonej na pasie. Szkoda, bo tracimy możliwość wykonania pustego lotu, do którego można podejść tylko raz.

Następuje zmiana kierunku startu, wiatr się obraca. Kolejny model ma problem ze stabilnością, wlatuje nad publiczność, odlatuje niemal za horyzont, ale szczęśliwie wraca i poprawnie ląduje.

Wojtek szuka w regulaminie zapisu, który pozwoliłby zaliczyć lot, trwa też sprawdzanie zapisu video. Okazuje się, że podczas wykonywania drugiego kręgu model przeleciał wyznaczoną linię, ale sędziowie nie ufają zapisom video; jednym słowem "po ptokach".

Kolejne loty konkurencji są w miarę udane, główny problem to podejście do lądowania, większość przechodzi na drugi krąg nie mogąc zmieścić się w pasie.

O 9:30 startuje Rzeszów. Lot trwa 4 sekundy: przeciągnięcie po starcie, z przytupem wbija się dziobem w trawiastą murawę.

Kolejny model wpada w korkociąg. Następny zaraz po starcie przechodzi do pionowego wznoszenia, wiemy jak to się kończy. Kolejny konkurent wyeliminowany.

Startuje Wrocław. Lot stabilny, choć na prostej pilot ostatnim wysiłkiem ratuje model przed wpadnięciem w korkociąg. Lądowanie twarde, ale udane.

Kończy się pierwsza runda naszej klasy Regular, zaczynają się starty klasy Open.

Model ekipy z Porto Rico pikując pionowo z wysokości 20 metrów wbija się. Uderzenie potężne, lecą drzazgi. Silnik po tłumik wbity w ziemię.

Robimy się powoli głodni, Radek jedzie po pizzę w okolicy hotelu, wrzuci przy okazji na stronę dotychczasową relację.

godz 11:30
Informacja z ostatniej chwili (via SMS): model Politechniki Poznańskiej wykonał właśnie pierwszy, historyczny, udany i zaliczony lot w ramach zawodów Society of Automotive Engineers. Podniesiony ciężar to 13.6 funta - jakieś 6.2 kg. Hip hip hurra!

Pozdrawiamy i walczymy dalej.

2009-03-07 22:00

Wróćmy jednak na lotnisko.

Przygotowania do drugiej kolejki trwają. Po załadowaniu 6,2kg obciążenia, Orca trafia na plac gdzie ponownie grzany jest silnik. Brak punktów z pierwszego lotu zmusza nas do podjęcia decyzji o ładowaniu większych obciążeń podczas kolejnych lotów. Umożliwi nam to odrobienie punktów w porównaniu z innymi zespołami w stawce, które zaliczyły "pusty" lot. Jeszcze tylko czternasta guma na skrzydło i Bartek dźwiga samolot na stanowisko tankowania.

Po chwili sznurek startujących ekip ustawia się na pasie dojazdowym. Ale nie na długo, z głośnika płynie informacja o zmianie kierunku wiatru i wszystkie ekipy ruszają mozolnie na drugi koniec pasa. Brak entuzjazmu nie wynika ze złych humorów, lecz z powodu wagi maszyn. Niektóre załadowane są już całkiem solidnie, co widać na twarzach niosących je zawodników.

Za kilkanaście sekund start. Silnik wchodzi na wysokie obroty. Marcin zabiera szybko starter i wraz z Bartkiem oddalają się dając oddech Maciejowi. Model powoli ale pewnie nabiera prędkości. Wyraźnie widoczną tendencję do skręcania w prawą stronę, pilot szybkim i precyzyjnym ruchem skutecznie kontruje, sprowadzając maszynę na właściwy tor. Niebezpiecznie blisko linii końcowej rozbiegu Maciej krzyczy: "leć! leć!!" i samolot anemicznie odkleja się od pasa. Teraz wszystko zależy od umiejętności pilota. Trzeba stłumić nerwy i emocje, opanowanie to podstawa. Minimalne wychylenia drążków oraz pełne skupienie sprawiają, że Orca coraz pewniej zmaga się z wiatrem. Szeroko pokonuje łuk i chwiejąc się w dość silnych porywach wiatru, podchodzi do lądowania. Kilkanaście centymetrów nad asfaltem, model podrywa się jeszcze do góry, ale po chwili zostaje stłumiony. Mimo poprawnego przyziemienia, problemem staje się duża prędkość. Po kilku sekundach walki z siłami tarcia, udaje się zatrzymać maszynę i oczy ekipy kierowane są na sędziego. Chwila niepewności i w prawej ręce arbitra pojawia się zielona plansza, której znaczenia chyba nie trzeba objaśniać. Chłopaki biegną pędem po głównego bohatera i z uśmiechniętymi gębami idziemy oficjalnie zważyć ładunek.

W krótkiej przerwie między rundami organizatorzy urządzają pokaz lotów modeli myśliwców. Świst turbin oraz zapach spalin przyciąga tłumy obserwatorów. Modele warte grube tysiące $ przemykają z zawrotnymi prędkościami przed publicznością. Okrzyki zachwytu wśród gapiów wywołują odważne akrobacje pilotów. Wszyscy zostają nagrodzeni gromkimi brawami.

Koło 13:00 Radek dowozi pizze. Na lotnisko przyjeżdża też Marek Małolepszy, będzie nam kibicował.

O 13:57 przystępujemy do trzeciej próby z 8.2kg na pokładzie. Jeszcze przed startem wydaje się, że przednie kółko stawia zbyt duże opory toczenia. Rozbieg stanowi potwierdzenie tego faktu. Model odrywa się, ale opada z powrotem na ziemię. Tuż przed końcem pasa Maciej cofa gaz, jednak potężna masa tak szybko się nie zatrzymuje - wpada na trawę i kapotuje (przewraca się na plecy). Szczęśliwie uszkodzeniu ulega tylko przednia goleń. Chłopaki biorą się do roboty, to dla nich pestka. Zaprawieni w bojach szybko dają sobie radę.

Słońce zaczyna grzać niemiłosiernie, temperatura rośnie. W połączeniu z zapachem skoszonej trawy budzi to skojarzenia z początkiem lata.

Co ciekawe, w miejskim parku graniczącym z lotniskiem kilkunastu facetów gra ... w piłkę nożną. Nie baseball, nie football amerykański, ale soccer. Szok. Dopiero później w rozmowie z Markiem dowiadujemy się iż w Kalifornii piłka nożna jest rzeczywiście dosyć popularna.

Zbliża się czwarta kolejka lotów. Po drugiej zajmowaliśmy miejsce 7, w trzeciej przeskoczyły nas dwie drużyny.

Jeden z modeli klasy Regular wymyka się spod kontroli pilota i z szaloną prędkością pędzi w kierunku samochodów na parkingu. Przelatuje między dwoma mijając je o włos i "z impetem w głąb" wbija się w płot oddzielający lotnisko od parku. Mało brakowało. Rozpędzony obciążnik o masie 10kg może zrobić niezłe kuku.

Godzina 15:00. Przygotowujemy się do startu. Jeden z modeli konkurencji, szczęśliwie charakteryzujący się małą prędkością przeciągnięcia odstawia taniec na prostej do lądowania, połączony ze zmianami kierunku lotu o 90° względem kierunku pasa. Mimo tego ląduje szczęśliwie, co wywołuje głośny aplauz zgromadzonej gawiedzi.

Czwarta próba w porównaniu do trzeciego lotu zostaje zaliczona bez większych problemów. Model lżejszy od 0,5kg z wyregulowanym i naoliwionym przednim kółkiem nie sprawia nam zawodu.

Niestety mimo sukcesu przesuwamy się na 10 pozycję, ale to nic, w pozostałym ostatnim dziś kursie podnosimy poprzeczkę o 1,4kg.

W trakcie gdy chłopaki przygotowują ładunek, Maciej poznaje sympatycznego jegomościa zainteresowanego wydarzeniem. Okazuje się nim Polak, któremu często zdarza się odwiedzać lotnisko. Krótka wymiana zdań (niekoniecznie na tematy modelarskie) i już zaskarbiamy sobie sympatię rodaka, który pozostaje kibicować nam do końca ostatniej kolejki. Kolejna łatwo nawiązana znajomość potwierdza znaną nam już mentalność tubylców. Na każdym kroku spotykamy uśmiechnięte twarze przechodniów, którzy pytają ze szczerym zaciekawieniem, czy nie jesteśmy czasem z... Rosji (!!??).

Ostatni lot pozwala podskoczyć w stawce o 2 miejsca. Samolot pewnie, ale z widocznym już wysiłkiem wykonuje lot nisko nad ziemią. Mimo zdradliwych podmuchów od strony bagiennych chaszczy, nie sprawia Maciejowi większych trudności. Po bardzo szybkim i dynamicznym przyziemieniu, tradycyjnie kapotuje w zaroślach, kłaniając się widzom na koniec swojego występu.

Ostatecznie udało się nam dziś wykonać 3 zaliczone loty unosząc kolejno wagi 13.6, 16.6 i 19.6 funta (8.9kg).

Plan minimum na dziś został zrealizowany. Z ósmą lokatą jesteśmy liderem wśród załóg europejskich, wyprzedzając będący na 16. pozycji team wrocławski oraz na 25. rzeszowski. Po pierwszym dniu podniebnych zmagań możemy zatem stwierdzić, że na tle naszych krajowych rywali, Poznań jako miasto akademickie może być dumne z osiągnięć swojej przyszłej kadry inżynierskiej.

Pakujemy sprzęt, a w międzyczasie świeżo poznany rodak funduje nam wszystkim lody. Po krótkim pożegnaniu odjeżdża w siną dal na swym połyskującym chromem mechanicznym rumaku.

Wyczerpani i głodni jedziemy na bankiet do hotelu AirTel Plaza. Wchodząc na salę konferencyjną przecieramy oczy ze zdumienia. Po 12 godzinach zaciętej rywalizacji na lotnisku, można co prawda mieć już zwidy, ale fakt, że wszyscy ujrzeli to samo, potwierdza rzeczywistość. Na kolana rzucił nas wystrój stołów oraz kultura ich przygotowania. Widok noża i widelca w dłoniach, zamiast Big Mac'a i litrowej coli sprawia, że czujemy się dość nieswojo. Po przełknięciu ostatniego kęsa deseru i dopiciu filiżanki małej czarnej, możemy z ręką na sercu powiedzieć, że - może nie na co dzień - ale jednak kultura jedzenia nie jest do końca obca przeciętnym Amerykanom.

W iście angielskim stylu udaje nam sie wymknąć z trwającej podczas bankietu prezentacji wojskowego UAV'a o nazwie STALKER, którego nasze konstruktory skwitowały krótko: "przecież on niewiele różni się budową od naszego!...".

Zaraz po konstruktorach badaniem STALKERA zajęli się Wojtek z Maciejem. Wykonali sporo szpiegowskich zdjęć, zajrzeli w każdą możliwą szczelinę, zbadali systemy sterujące kamerami, czujnikami, lukiem do zrzucania ładunków i sprawdzili, czy na pewno wszystkie elementy samolotu trzymają się wystarczająco mocno...

Godzina 21:00. Lądujemy w naszym hotelu. Fakt zmiany czasu o godzinę do tyłu uświadamia nas, że na regenerację przed jutrzejszym finałem mamy jeszcze mniej czasu. Jeszcze tylko kilka stron obliczeń konstruktorów, kontrola przez modelarzy newralgicznych punktów konstrukcji i możemy udać się na zasłużony odpoczynek.

2009-03-08 16:40

Godzina 7:38. W komplecie przybywamy na drugi dzień lotny. Skręcając w Woodley Avenue, drogę opasającą teren lotniska, widzimy szeroko rozlewającą się w nieckach terenu gęstą mgłę, przez którą z trudnością przebija się wschodzące słońce. Wiemy już, że będzie ciekawie. Mleczna mgła skutecznie ogranicza widoczność. Powietrze o dużej wilgotności względnej zawiera mniej niezbędnego do procesu spalania tlenu w jednostce objętości, co obniża moc silnika. Mgła może także świadczyć o słabym wietrze, co także nie jest dla nas korzystne.

W pierwszej kolejności zaczynamy od kontroli masy ładunku na wadze organizatora. Ciężar okazuje się być dobrany odpowiednio, na cyfrowym wyświetlaczu pojawia się 24,50 funta, czyli ok. 11,40kg. Z taką masą zmierzymy się podczas naszego pierwszego dzisiaj lotu, w porannej serii zawodów. Obciążenie zostaje skalkulowane w ten sposób, aby przy pomyślnym locie osiągnąć minimalną przewagę nad konkurentami w tej kategorii.

Szczęśliwie pogoda poprawia się, mgła się rozrzedza a zza chmur zagląda już słoneczko, rzucając pierwsze ciepłe promienie.

Rozpoczyna się 6 kolejka lotów.

Pierwszy jest dwupłatowiec. Załadowany bardzo mocno, ledwo odrywa się od pasa. Pierwsze dwa zakręty idzie po bandzie. Potem leci mu się już lepiej. Przy lądowaniu uderza jednak mocno przednim kółkiem. Traci kierunek i wylatuje z pasa lot niezaliczony.

Dwa kolejne samoloty nie startują, czas na nasz. Jest 8:28, na pokładzie 24.5 funta, 11kg. Model rozpędza się powoli. Gdy dojeżdża do linii, przed którą musi się oderwać Maciej ciągnie do góry. Bartek jednak krzyczy: "ląduj", sądząc, że oderwanie nastąpiło za linią oznaczającą koniec rozbiegu. Model zwalnia i kończy w wysokiej trawie za progiem pasa.

Po locie trwają konsultacje video. Bartek popełnił jednak błąd, model oderwał się jeszcze przed linia. No nic, zostały jeszcze dwie kolejki.

Kolejne modele latają ze zmiennym szczęściem. Bardzo dobrze radzą sobie dwupłaty i latające skrzydło.

Udany lot zalicza Politechnika Rzeszowska. Bez większej walki z termiką zataczają dwa kółka i z dosyć dużej wysokości udaje się im sprowadzić maszynę na ziemię.

Dochodzi 9:00. Pomimo dość dużego już stopnia załadowania modeli, jak dotąd nie byliśmy jeszcze świadkiem żadnego destrukcyjnego spotkania ze zroszoną trawą lotniska.

Zaczynają się ciekawe loty. Coraz mocniej obciążane modele latają na skraju swych możliwości wykonując zakręty na wysokości kilku metrów.

Wszystkim daje się we znaki słońce, ostro świecące pilotom prosto w oczy podczas wykonywania pierwszego i drugiego zakrętu.

Głównym problemem modeli wydaje się być oderwanie od ziemi, na wyznaczonym dystansie 200 stóp (~61 metrów).

Chcąc nacieszyć się wschodzącym kalifornijskim słońcem nasz Faculty Advisor, stary leniwiec, organizuje sobie, zmyślnie uprzednio schowane, wygodne krzesełko ogrodowe i usadawia się w dogodnej dla siebie pozycji do obserwacji, przypominając reszcie załogi o jakże odpowiedzialnym i wymagającym charakterze pełnionych przez siebie obowiązków.

Grzechem by było nie wspomnieć o dzisiejszych dokonaniach reprezentacji Puerto Rico, która to jak wszyscy dobrze wiemy była autorem wczorajszego bestsellerowego crash’u na samym środku murawy lotniska pośród zgromadzonej gawiedzi.

Jak dziś widać, stanęli na wysokości i przywrócili swój model do pierwotnej świetności. Niestety ten nie lada wyczyn przyćmiewa fakt, że przy pierwszej dziś próbie lotu, tracąc połowę zawieszenia na rozbiegu, pozostali nadal blisko ziemi nie stwarzając zagrożenia dla widzów.

Zaczynają się starty klasy Open. Modele dochodzące rozpiętością do 4 metrów majestatycznie pokonują przestrzeń.

Stwierdzamy, iż teflonowe łożyska kół głównych należałoby zastąpić kulkowymi. Był taki pomysł jeszcze w Polsce, do realizacji nie doszło. Podejmujemy negocjacje z kolegami z Politechniki Wrocławskiej, którzy dysponują zapasowym kompletem kół na łożyskach. Rozmowy spalają - nota bene - na panewce, wrocławiacy nie są zbyt skorzy do współpracy. Znacznie lepiej układają się nam stosunki z rzeszowiakami.

Godzina 9:30, z drukarki na stole sędziowskim wychodzą najświeższe wyniki po rundzie 6. Zachowujemy nadal taką samą pozycję. Czas powalczyć o wyższe lokaty.

O 9:40 rusza do boju w ramach 7. kolejki klasa Micro.

Nad głowami co jakiś czas na kilku metrach parami przelatują kaczki, nic nie robiąc sobie z modeli próbujących je niezdarnie naśladować. Trochę wyżej przelatują nad nami odrzutowce startujące z Van Nuys.

Abstrahując od trwających zawodów kilka refleksji natury ogólnej. Kalifornia znacznie różni się od Georgii. Większy odsetek ludności latynoamerykańskiej, znacznie mniejszy udział afroamerykanów. Dużo mniejsze samochody, sporo marek europejskich, także produkowanych w Poznaniu Volkswagenów. W miastach trochę większy ruch pieszych, często widoczne są autobusy komunikacji miejskiej. Drogi słabszej jakości niż w Georgii, porównywalne z Detroit lub Chicago. Za to krajobrazy dużo bardziej urozmaicone - góry, pustynie, równiny i ocean.

O godz. 10:06 przychodzi nasza kolej w ramach 7 rundy. Waga jak poprzednio. Niestety w odróżnieniu od wczorajszego dnia wiatru nie ma żadnego, praktycznie cisza. Rozbieg trwa długo, niestety model nawet sie nie odrywa, kończy w trawie obok pasa. Ułamuje się kawałek statecznika, ale nie stanowi to żadnego wyzwania dla naszych modelarzy, którzy zaraz przystępują do dzieła. Zostaje nam prawdopodobnie ostatnia runda.

Startuje Wrocław. Na rozbiegu pilot mocno ściąga drążek, co powoduje tarcie statecznikiem poziomym po ziemi. Model przerywa start, wrocławiacy próbują jeszcze raz, ale ... w tej kolejce model już nie poleci. Szlifowanie ogonem po ziemi spowodowało oderwanie usterzenia.

Chociaż wiatru praktycznie nie ma organizatorzy zmieniają kierunek startu. W tej rundzie z polskich ekip został jeszcze Rzeszów. Co prawda model ledwie się odrywa, ale potem w powietrzu idzie mu znacznie lepiej. Udane lądowanie i Rzeszów osiąga udźwig 15.7 funta (7.1kg).

W tym roku ostatnie kolejki zawodów mają trochę inny, mniej spektakularny przebieg. Brak wiatru powoduje, iż obciążone modele nie odrywają się od ziemi na wymaganym odcinku i nie podejmują próby lotu. Tym samym nie obserwujemy widowiskowych katastrof, których nie brakowało w zeszłym roku, gdy modele wspomagane wiatrem odrywały się od ziemi by złamać się już w powietrzu lub zakończyć żywot przeciągnięciem i korkociągiem na małej wysokości.

Dochodzi jednak do ciekawego wypadku w innych okolicznościach. Model poprawnie wykonuje lot by ostatecznie ulec całkowitej dezintegracji po spotkaniu z płotem zlokalizowanym na prostej do lądowania, kilka metrów przed progiem pasa.

Mija godzina 11:00. Jeden z modeli klasy Open udowadnia, że klasa, do której należy także potrafi wzbudzić emocje wśród zgromadzonej gawiedzi. Powoli przesuwając się po pasie nie sprawia najmniejszego wrażenia, jakby cokolwiek chciało go oderwać od ziemi. Jednakże ku zdumieniu wszystkich, dostaje nagły podmuch w skrzydła i wzbija się na niewielką wysokość, rozpaczliwie próbując utrzymać się choć na tej samej wysokości. Po chwili wlatuje nisko nad zarośla i nurkuje w ich kierunku, ocierając się o krzaki. Mimo to leci dalej. Pilot stara się podciągnąć go jeszcze trochę w górę, ale model daje za wygraną - zahacza skrzydłem o trawę pociągając za sobą resztę konstrukcji.

Modele klasy Micro rozpoczynają 8., prawdopodobnie ostatnią kolejkę.

O 11:30, jako pierwszy model klasy Regular, zajmują pas wrocławiacy. W przerwie pracowali nad usterzeniem. Niestety nie udaje im się wystartować, problemy techniczne eliminują ich z tej kolejki, prawdopodobnie ostatniej. Szkoda.

Finał zbliża się wielkimi krokami. ?eby urealnić szanse na jakikolwiek udany dziś lot, zmniejszamy obciążenie do poziomu 10,30kg... jest to dla nas liczba magiczna. Magia z pewnością się tu przyda, w tym celu Marcin vel "wuja" wykonuje taniec szamana, aby zaczarować maszynę (z tym 10.3 związana jest pewna większa historia, ale teraz nie będziemy się o tym rozpisywać.)

Próby oderwania modelu "na siłę", tuż przed wyznaczoną linią kończą się często przeciągnięciem tuż po oderwaniu. Przy odrobinie szczęścia kończy się to tylko cyrklem na pasie, zdarza się jednak też wypadnięcie z pasa i efektowniejszy kapotaż w trawie.

Prawie "w samo południe" na pas w Kaliforni wychodzi ekipa Politechniki Poznańskiej. Maciej daje pełen gaz, Bartek wypuszcza model. Toczy się i toczy - niestety wytoczyć nie może. Ponownie kończy w trawie na skraju lotniska odrywając sobie kawałek statecznika. Temperatura wysoka, wiatru prawie nie ma. No cóż, wygląda na to, że zakończymy na 19.6 funta. To i tak bardzo dobry wynik, wykonaliśmy trzy poprawne loty i czwarty pusty, który niestety nie został zaliczony, raczej z błędu sędziów, choć nie obyło się w tym wypadku bez naszej winy. Szkoda tylko pierwszego, niedzielnego lotu. Model w chłodnym powietrzu, z 24.5 funta wagi na pokładzie oderwał się przecież od ziemi. Gdyby się udało, byłaby szansa na trzecie miejsce. Ostatecznie finiszujemy na 8. miejscu wśród 31 ekip. Wynik dużo lepszy od zeszłorocznego, utrzymując ten progres mamy spore szanse w przyszłym roku. Studenci spisali się na medal, nawet malkontencki Faculty Advisor wygląda na zadowolonego. Ale kto go tam wie, pewnie udaje, co by nas nie martwić, ale po fakcie wymyśli nam jakiś złośliwy komentarz.

Cieszy nas fakt, że w tym roku wrócimy do domu z całym modelem - niewielkie uszkodzenie steru i podwozia do dla ekipy mechaników pół godziny pracy, a w Polsce samolot bardzo przyda nam się do dalszych prób i testów.

Tymczasem startuje Rzeszów. Podobnie jak w naszym przypadku, próba kończy tylko szybkim kołowaniem po pasie, zakończonym kapotażem w trawie. Ale i tak dzielnie chłopaki stawali w szaranki.

Ostatnia kolejka dostarcza już niewielu emocji, obciążone modele nie odrywają się od ziemi, lekkie wykonują poprawne loty. Tylko jeden samolot rozbija się z gracją na prostej do lądowania.

Ekipa rozkłada się na trawie. Słonko miło przygrzewa. Emocje powoli opadają.

Model znacznie doskonalszy niż w zeszłym roku. Praktycznie nie wymagał żadnych prac podczas zawodów, wyjątkiem były naprawy goleni i klejenie statecznika, ale nie sposób porównywać tego z zeszłoroczną sytuacją. No i sam model dużo bardziej przypominał samolot. Kształt RWD, skrzydła Pirata. To musiało latać lepiej.

Zawody kończą się ostatnią kolejką klasy Open. Szkoda tylko, że karty w niedzielnej edycji zawodów rozdawał wiatr, a właściwie jego brak. Ciekawe katastrofy zdarzały się właściwe tylko pierwszego dnia, podczas oblotów.

O godzinie 12:45 kończą się ostatnie loty. Czekamy na wyniki. Robimy sesję zdjęciową. Roll-bar sponsora Miasta Poznań budzi duże zaciekawienie uczestników - żadna inna drużyna nie ma takiego sprzętu. Strzelamy też fotki z ekipą rzeszowską. Brakuje Wrocławia - niestety ich pilot skaleczył sobie dłoń odpalając silnik ręką - cala ekipa pojechała z nim do szpitala.

Zachowaliśmy dominującą pozycję wśród polskich ośrodków akademickich reprezentowanych na SAE, choć trzeba przyznać, że nie było łatwo. Nasze doświadczenie uzyskane w zeszłym roku dało nam duży handicap. Ale już za rok Rzeszów, Wrocław i nieobecna w tym roku na edycji zachodniej Warszawa będą dla nas groźnymi konkurentami.

Złośliwie zaczyna wiać silniejszy, chłodny wiatr. Gdyby powiał ze dwie godziny wcześniej być może udałoby nam się unieść te 11kg, Ale teraz nie ma już co gdybać.

Spróbujemy przekonać się o możliwościach modelu podczas pikniku Zlot Gigantów, organizowanego przez Jacka Nowaka i sekcję modelarską Aeroklubu Poznańskiego na lotnisku Bednary w dniach 16-17 maja 2009r. Z wyprzedzeniem zapraszamy na tą imprezę wszystkich naszych sympatyków i kibiców. Stosowne zaproszenie pojawi się na stronie www.aerodesign.com.pl i www.aeroklub.poznan.pl

O 13:40 zaczyna sie impreza zakończeniowa. Kolejno wręczane są nagrody. Rozpoczyna się od wyróżnienia za najlepszą katastrofę - zgodnie z przewidywaniami wygrywa ekipa z Puerto Rico. Potem następują nagrody: za najlżejszy samolot w klasie Micro, za najlepszą prezentację, za najlepszy raport, największy współczynnik obciążenia w klasie Micro, największy podniesiony ciężar. Jeden z amerykańskich uniwersytetów odbiera specjalną nagrodę ufundowaną przez NASA, inny nagrodę innowacyjną SAE.

Na koniec wręczane są nagrody za pierwsze trzy miejsca zajęte w klasyfikacjach generalnych poszczególnych klas. W naszej klasie pierwszą nagrodę odbiera Kansas State University.

Po zakończeniu imprezy organizatorzy fundują nam jeszcze pokaz akrobacji na śmigłowcu Raptor 90 do muzyki. Maciej mówi że nawet niezły.

Ostatecznie zajęliśmy 8. miejsce w gronie 31 drużyn klasy Regular. Rzeszów uplasował się na miejscu 14., Wrocław na 17.

Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pakujemy klunkry do samochodów i jedziemy do restauracji 94 AeroSquadron przy lotnisku VanNuys. Niestety wszystkie miejsca zajęte, śmigamy zatem do In'n'out - coś a'la MacDonald. Autochtoni twierdzą, że trzymają dużo wyższy poziom niż inne hamburgerownie. W porównaniu do Burger Kinga rzeczywiście jest lepiej, ale cóż, hamburger to nie schabowy.

Wracając do hotelu pryska dotychczasowa powaga. Zimne łokcie, baseball’ówki daszkiem do tyłu i głośne meksykańskie disco-polo wydobywające się z głośnika towarzyszy nam przez całą drogę.

W hotelu czterech śmiałków: Bartek, Maciej, Wojtek i Marcin, bawiąc się w morsów wskakują do zimnej wody w basenie hotelowym. Szybko wyskakują, ale i tak pełen respekt dla ich wielkiego wyczynu - w końcu jak by nie patrzeć wciąż trwa zima.

2009-03-08 22:00

Na zakończenie dnia na zaproszenie Marka Małolepszego jedziemy do jego domu do Tujunga. Marek wraz z żoną raczy nas prawdziwie polskimi daniami. Po obiedzie pokazuje nam swoją przydomową winnicę i zdradza kilka szczegółów dotyczących produkcji wina. Dla nas jednak wszystko to wysiada przy tym, co trzyma w garażu - prototypowy szybowiec Diana, na którym planuje pobić i pobija po kolei rekordy w klasie swojej i nie tylko. Pełen wypas.

Równolegle kilkoro z nas jedzie na mszę do polskiego kościoła "Our Lady of the Bright Mount Parish" położonego w Los Angeles przy West Adams Bulevard numer 3424. Po mszy ustalamy z księdzem Markiem szczegóły jutrzejszego pakowania modelu do skrzyni i jego wysyłki do Polski za pośrednictwem firmy kurierskiej DHL.

Pod wieczór rozstajemy się z Markiem i z silnym przekonaniem o wyższości polskiej kuchni nad wszelkimi innymi wracamy do hotelu.

Na tym kończymy dzisiejszą relację. Co prawda zawody już się zakończyły, ale w USA pozostajemy do piątku. Postaramy się codziennie formułować nasze spostrzeżenia i przemyślenia na temat słonecznego stanu Kalifornia. Dziękujemy za dotychczasową uwagę i zapraszamy do lektury kolejnych relacji.

 
do góry

 
Zlot Gigantów 2018
Grupa Akrobacyjna Żelazny
Oœrodek Szkolenia Lotniczego Żelazny 6
Rezerwacje obeiktów sportowych (squash, tenis, bowling) w ramach Studium Wychowania Fizycznego Politechniki Poznańskiej
Beata Choma
Latanie precyzyjne. Aeroklub Poznański
77 Szkoła Bezpiecznego Latania
SAE AeroDesign Politechnika Poznańska
Gliding Team Klinika Kolasiński
www.aerofoto-kaczmarczyk.com
Akademicki Klub Lotniczy Politechniki Poznańskiej
Akademicki Klub Lotniczy UAM
lotniczapolska.pl
CityZen
QR www.aeroklub.poznan.pl