Odwiedzin: 1814006 
 
Meteo











































  SAE AeroDesign West 2009 1/3  
  2009-03-03 9:00 Tegel, Berlin, Niemcy

No i zaczęło się. Ekipa poznańska już po raz drugi rusza na podbój Ameryki w ramach zawodów SAE AeroDesign.

Siedzimy w kawiarni Red Baron na berlińskim lotnisku Tegel oczekując na odprawę. Tym razem jest nas ośmiu.

Stara ekipa to Wojtek Batog, Marcin Gajewski i Bartek Szymkowiak oraz opiekun naukowy (FA Faculty Advisor) Radosław Górzeński. Dołączyli Maciej Wnuk, Adam Szcześniak, Krzysztof Kotecki i Hubert Hausa. Z racji ukończenia studiów w ekipie nie znalazł się Marcin Pilarczyk, nie jedzie z nami także Tomek Kroczak. Jak widać szczęśliwie imiona w ekipie się nie dublują - będzie łatwiej pisać relacje.

Kilka słów o nowych członkach ekipy (sylwetki zeszłorocznych opisane są w relacjach z 2008r.). Maciej i Adam to II rok Wydziału Budowy Maszyn, Krzysztof i Hubert IV Wydziału Maszyn Roboczych i Transportu. Maciej to doświadczony modelarz - choć jedzie po raz pierwszy jest już dowódcą ekipy. Zakładając "naturalny" bieg studiów dane mu będzie czterokrotnie brać udział w SAE - zakładając oczywiście coroczne starty ekipy - ale innego wariantu nie przewidujemy.

2009-03-03 9:45 Tegel, Berlin, Niemcy

Jesteśmy już po odprawie, czekamy na samolot, którym o 10:35 polecimy do Amsterdamu.

Dzień zaczął się dziś wcześnie. Studenci ruszyli z Poznania samochodem Volkswagen Caravelle użyczonym przez Aeroklub Poznański. Za kierownicą zasiadł Grzesiu Kędzierski - nota bene student Politechniki Poznańskiej i członek Akademickiego Klubu Lotniczego. Na Tegel dotarliśmy o 7:30. Dla opiekuna naukowego nie starczyło już miejsca w samochodzie - dotarł na lotnisku komercyjnie kursującym busem, miał za to handicap w postaci dłuższego o 1.5 godziny snu. Poznań to miasto, któremu rzeczywiście bliżej do Berlina niż do Warszawy - droga bez zbędnego pośpiechu nie zajęła nawet czterech godzin

Wróćmy jednak do ekipy. Człowiekiem od Public Relations jest Adam. Studiuje to, co Maciej, ma też szansę na kilkukrotny udział w imprezie. Wybór stanowiska nieprzypadkowy - Adam to doświadczony businessman - handluje korkiem: www.kork.pl. Gdyby ktoś potrzebował - polecamy.

Krzychu i Hubert to konstruktorzy. Reprezentują koło naukowe Inżynieria Wirtualna Projektowania. Na stanowisko namaścił ich Marcin Pilarczyk, który poprzeczkę postawił bardzo wysoko. Jako nowi członkowie ekipy dla zapoznania z techniką lotniczą w październiku 2008r. wraz z Wojtkiem brali udział w V Międzyuczelnianych Inżynierskich Warsztatach Lotniczych organizowanych w Akademickim Ośrodku Szybowcowym w Bezmiechowej. Nawiązane wówczas znajomości i kontakty oraz przekazane informacje na temat naszego pierwszego startu skłoniły także studentów z Politechniki Wrocławskiej i Rzeszowskiej do udziału w zawodach. Dotychczas przez kilkanaście lat europejskim jedynakiem na SAE była Politechnika Warszawska, dopiero na sygnał dany przez Politechnikę Poznańska liczba ekip wzrosła do czterech. Nieprzypadkowo Poznań jest dominującym ośrodkiem akademickim w Polsce.

2009-03-03 10:50 Berlin-Amsterdam, Niemcy-Holandia

Lecimy Fokkerem 70 holenderskich linii lotniczych. Po starcie szybko przebijamy chmury i już po chwili znajdujemy się ponad mlecznym welonem. Na chmurach odbicie samolotu w tęczowym otoku.

Dla Adama, Krzycha i Huberta to pierwszy lot samolotem - niemniej trzymają się dzielnie. Hubert i Krzychu w powietrzu już kiedyś byli - podczas pobytu w Bezmiechowej latali szybowcem na Weremieniu.

Cofnijmy się teraz na chwilę do korzeni. Po powrocie z poprzedniej edycji stało się jasne, że nie może nas zabraknąć na kolejnych zawodach. Poznań to miasto specjalistów i nowych technologii - o tym, że nie mamy się czego wstydzić przekonaliśmy się w Atlancie. Nasz model - nieskromnie patrząc - okazał się być wykonany starannie i na tle modeli pozostałych ekip prezentował się bardzo dobrze. Wielką robotę wykonał Tomek obciągając skrzydła folią termokurczliwą - o tym, że nie jest to łatwe zadanie przekonaliśmy się oglądając amerykańskie dokonania.

Chęci zatem były, umiejętności praktyczne i wiedza teoretyczna także. Doświadczenia z pierwszej edycji zostały spisane w formie raportu "ku pamięci". Pozostał znany problem - pieniądze.

I kiedy już widmo wysłania reprezentacji w okrojonym, ograniczającym szanse na dobry wynik, trzyosobowym składzie stanęło nam przed oczami pomocną dłoń wyciągnęło do nas Miasto Poznań. Dostrzegając nasz potencjał przeznaczyło niebagatelną dla nas kwotę 20.000zł, stanowiącą połowę budżetu przedsięwzięcia. Poznań jako silny ośrodek akademicki musi promować innowacyjność, nowe technologie i polską myśl techniczną także na innym kontynencie - uznali włodarze naszego miasta. Za co będąc im wdzięczni, czujemy jednocześnie ciążącą na nas odpowiedzialność. Niemniej patrząc na nasz model - dużo doskonalszy i staranniej dopracowany od zeszłorocznego - ze spokojem oczekujemy na konfrontację z inżynierami firmy Lockheed Martin.

Nasz wyjazd nie doszedłby do skutku, gdyby nie wsparcie ze strony władz Politechniki Poznańskiej, w szczególności pana Rektora Adama Hamrola i Prorektora Stefana Trzcielińskiego. Dostrzegając zaangażowanie ekipy SAE (działającej w ramach Akademickiego Klubu Lotniczego) we wszelkich działaniach promocyjnych uczelni, takich jak drzwi otwarte, konferencje, targi edukacyjne czy obozy roku zerowego, władze hojną ręką przeznaczyły na nasz start 15.000zł. Wyjazd wsparli także dziekani: prof. Konrad Skowronek z Wydziału Elektrycznego, prof. Janusz Wojtkowiak z Wydziału Budownictwa i Inżynierii Środowiska i prof. Paweł Szulakiewicz z Wydziału Elektroniki i Telekomunikacji, co zwiększyło nasz budżet o kolejne 3200 zł.

Kolejny raz uzyskaliśmy pomoc ze strony firmy kurierskiej DHL, której życzliwym dla nas pracownikiem jest Julian Oziemkowski. Dzięki wszelkiego rodzaju możliwym rabato udało nam się ograniczyć koszt wysyłki o ponad 5000zl. Pamiętając doświadczenia związane z trwającym niemal 2 miesiące powrotem skrzyni z modelem w poprzedniej edycji (pomylenie adresu przez firmę kurierską w USA, odesłanie na wskazany adres zwrotny w USA, wreszcie zagubienie karnetu ATA i konieczność wyrabiania duplikatu) z lekkim niepokojem obserwowaliśmy losy tegorocznej przesyłki. Nasze obawy okazały się jednak płonne - w ekspresowym tempie, bo po zaledwie trzech dniach skrzynia została pomyślnie dostarczona pod wskazany adres. Tak więc do Stanów lecimy już bardzo spokojni, wiedząc, że ten ryzykowny punkt programu wypełniliśmy zgodnie z założeniami.

W tym względzie należy wspomnieć o Towarzystwie Chrystusowym dla Polonii Zagranicznej, które po raz kolejny udziela nam pomocy, dzięki zaangażowaniu księdza generała Tomasza Sielickiego, członka Aeroklubu Poznańskiego. Przesyłkę wysłaliśmy właśnie na adres polskiej parafii w Los Angeles należącej do TChr i dowodzonej przez księdza proboszcza Marka Ciesielskiego.

Tymczasem lądujemy w Amsterdamie. Pogoda wszawa, podstawa chmur na 300m, pas startowy mokry - znaczy się pewnie pada. Kołujemy długo, lotnisko olbrzymie. Jest 11:50.

2009-03-03 13:10 Amsterdam, Holandia

Rozlokowaliśmy się właśnie w Boeingu 747-400 linii KLM. Lotnisko Schiphol, choć całkiem spore okazało się dość przyjazne i szybko znaleźliśmy interesującą nas bramkę. Czasu było akurat w sam raz.

Wróćmy jednak do listy przyjaznych nam osób i instytucji. Aeroklub Poznański z dyrektorem Piotrem Haberlandem wsparł nas organizacyjnie. Realizacja umowy ze sponsorem poprzez Aeroklub Poznański, którego członkami są studenci wchodzący w skład ekipy, pozwoliła na uproszczenie formalności administracyjno-księgowych. Skorzystaliśmy z rabatu Aeroklubu w firmie DHL, w Stanach będziemy posługiwać się aeroklubowymi kartami kredytowymi. Przejazdy Poznań-Berlin odbywamy komfortowo VW Caravelle Aeroklubu Poznańskiego. Modele oblatujemy na lotnisku Bednary, eksploatowanym przez AP.

Wielkiej pomocy projektowi udziela środowisko poznańskich - i nie tylko - modelarzy. Firma Ol-Pen Radosława Oleksego z Odolanowa, producent maski silnika Henryk Synoracki, wykonawca rdzeni styropianowych do skrzydeł Leon Rozmianiec, oblatywacz Tomek Niełacny czy szef sekcji modelarskiej Jacek Nowak - to tylko kilka osób z większego grona, które wykazało się życzliwością i udzieliło nam wsparcia podczas przygotowań.

Dzięki wymienionym osobom i instytucjom nasze marzenia stają się w tej chwili rzeczywistością. Po raz drugi ekipa studentów Politechniki Poznańskiej reprezentująca Miasto Poznań udaje się do USA, aby pokazać, że Polacy nie gęsi, ale więcej niż gęsi - bo żadna gęś 10kg ołowiu nie udźwignie!

Tymczasem przygotowujemy się psychicznie na przetrwanie niemal 11 godzinnego lotu - choć ze względu na zmianę stref według czasów lokalnych lot potrwa zaledwie 2 godziny. Przed nami 9000km. Jest godzina 13:40 gdy 747-400 dostojnie wykołowuje na pas. Pozdrawiamy i zapraszamy na kolejną relację.

2009-03-03 14:00 (23:00), gdzieś nad USA

Lecimy na wysokości 9.800m, prędkość 950km/h, temperatura na zewnątrz -44°C. W LA (Los Angeles) powinniśmy być o 15:20. Choć w Polsce już 23:00 u nas ciągle jasno za oknami. Dzień ciągnie się jak gąsienica i nie ma zamiaru zakończyć. Pobudka przed 2:00 w nocy też dołożyła swoje. Lot przebiega na wysokości dochodzącej nawet do 11.6km przy temperaturze zewnętrznej -60°C. Przelecieliśmy nad Grenlandią, a następnie nad niezaludnionymi rejonami Kanady pokrytej śniegiem.

Lot męczący, trudno wysiedzieć na miejscu. Do końca lotu została już tylko godzina, jedynym zmartwieniem pozostaje już tylko czy bagaże dotrą w komplecie razem z nami w miejsce przeznaczenia.

Różnica czasowa (CET +1 -> Pacific US -8) wynosi 9 godzin; postaramy się umieszczać relacje codziennie wieczorem, tym samym relacja z dnia poprzedniego będzie dostępna z samego rana (czasu polskiego).

2009-03-03 22:40 (7:40), Mission Hills, USA

„Welcome to the Hotel California” – po spędzeniu prawie 30 godzin na nogach właśnie dotarliśmy w komplecie do hotelu. Sporo się w międzyczasie działo. Niemniej ze zrozumiałych względów relację pozwolimy sobie wrzucić na stronę w godzinach porannych. Na zakończenie dodamy tylko, że zmęczenie nie powoduje wcale zaprzestania pracy nad modelem – który zdążyliśmy już odebrać od księdza Marka – a w tej chwili trwają prace nad przystosowaniem go do jutrzejszych oblotów. Pozdrawiamy i mówimy dobranoc.

2009-03-04 5:30 (14:30)

Przy sporej zmianie czasu, nawet przy potężnym zmęczeniu, organizm jednak powoli przystosowuje się do nowych warunków - tym samym 5:30 rano to dla niego 14:30. Jednym słowem czas na relację :-)

Na lotnisku w LA wylądowaliśmy o 15:30, po niemal 11 godzinach lotu. Adam i Maciej - pierwszaki w USA - podpadli na samym początku (może z wyglądu przypominają terrorystów) i zostali „wyróżnieni” i potraktowani "indywidualnie". Reszta ekipy przeszła poprzez okienka urzędników imigracyjnych bez większych problemów. Odciski palców, zdjęcie, pytanie o cel wizyty oraz okres pobytu - i Ameryka stoi otworem.

Mamy już doświadczenia z psami lotniskowymi - w zeszłym roku przyczepił się taki jeden do Marcina. Od razu więc łypaliśmy z niechęcią na wesoło merdającego ogonkiem Biggle'a. Nieprzypadkowo: wyniuchał coś u Wojtka - szczęśliwie były to tylko skórki po mandarynkach. Radek profilaktycznie opchał się posiadanymi mandarynkami i bananami jeszcze na pokładzie samolotu - tam mu nie zajrzą.

Tymczasem skonstatowaliśmy z zadowoleniem, iż bagaże główne dotarły w komplecie. Adam z Maciejem przechodzili tymczasem szczegółową kontrolę, podczas której padały pytania o służbę wojskową, przeznaczenie samolotów itd. Maciej usłyszał stwierdzenie: "Wiecie chłopaki, wy budujecie te dobre samoloty, naszym zadaniem jest sprawdzać, czy ktoś nie wwozi tych złych samolotów." Po pół godzinie chłopaki dołączają do reszty. Adamowi udało się w końcu wytłumaczyć, że wwiezienie 2 kg ołowiu w postaci sztabek nie służy celom terrorystycznym i ma swój głęboki sens i cel.

Wychodzimy przed terminal. Lotnisko potężne. Powietrze rześkie, będzie jakieś 15°C. Wsiadamy do autobusu kursującego wahadłowo pomiędzy lotniskiem a wypożyczalnią samochodów Thrifty. Na miejscu konfrontujemy nasze wyobrażenia o cenie wypożyczenia z zaproponowanym cennikiem. Porównanie wypada ... blado. Wykonujemy kilka szybkich telefonów do ks. Tomka Sielickiego przebywającego aktualnie w USA i księdza Marka Ciesielskiego - proboszcza w LA. Szybkich - gdyż operujemy ciągle polskimi telefonami, a cena roamingu odbiega od europejskiej. Ostatecznie podejmujemy decyzję o wypożyczeniu na razie jednego mniejszego samochodu - na cały okres pobytu wychodzi to 672 dolary. Czarny Dodge Caliber, w warunkach europejskich prezentowałby się zapewne nie najgorzej. Ale jesteśmy w Stanach, tutaj jeżdżą inne fury :-) Wystarczy tylko wspomnieć, iż nasz model nie ma ... centralnego zamka ani elektrycznych szyb. Ma za to klimę, ale to w USA standard. Jednym słowem - "kryzys" dosięgnął także SAE :-) Jaki by jednak samochód nie był, do jazdy się nadaje, a w Stanach środek transportu jest niezbędny.

Na drodze przekonujemy się o prawdziwości opowieści o osławionych kalifornijskich korkach. Drogi - słabej jakości. Można by rzec: w tym względzie czujemy się jak u siebie w domu. Okolica LA, przez którą jedziemy nie robi dobrego wrażenia. Chyba dużo ładniej było jednak w zeszłym roku w Atlancie.

Po jakimś czasie docieramy do polskiej parafii Our Lady of the Bright Mount Parish przy 3424 West Adams Bulevard. ks. Marek Ciesielski daje nam od razu sporo cennych rad, oferuje się też z pomocą w związku z naszymi chwilowymi kłopotami transportowo-logistycznymi. Dostajemy też od niego na czas pobytu amerykańską kartę SIM z abonamentem i sporą ilością darmowych minut. W holu biura parafialnego oglądamy skrzynię z modelem. Dotarła w całości, teraz tylko pytanie jak zawartość zniosła podróż.

Ksiądz Marek oferuje pomoc przy transporcie - on jedzie po chłopaków czekających w wypożyczalni Thrifty - Adama, Krzycha, Huberta i Marcina. My tymczasem ruszamy do hotelu. Pozycje w samochodzie najprzeróżniejsze - samochód jest mały, a bagażu sporo. Chłopaki jednak dzielnie znoszą trasę, choć powolne tempo przesuwania się w korku nie nastraja optymistycznie co do kwestii poruszania się po LA. Ksiądz Marek mówi jednak, że poza godzinami szczytu autostrady są w miarę przejezdne.

Motel okazuje się być nienajgorszy. Mocno co prawda "jedzie" chlorem, ale poza tym jest OK. Co najważniejsze, jest sprawny Internet bezprzewodowy, choć nie we wszystkich wynajętych przez nas pokojach. Standard i wyposażenie - jak w zeszłym roku. Okolica - mniej spokojna, motel znajduje się przy ruchliwym skrzyżowaniu. Niemniej na tyłach hotelu dostrzegamy sporej wielkości basen otoczony palmami - całkiem miło.

Palmy zresztą napotykamy na każdym kroku. Było nie było LA do południowa część USA, stąd do granicy z Meksykiem i miejscowości Tijuana zaledwie kilkadziesiąt mil. No i na klimat niewątpliwie oddziaływuje pobliski Pacyfik.

Jemy ociekającą tłuszczem amerykańską pizzę w Pizza Hut. Standard lokalu raczej mierny, odpowiadający mniej więcej typowemu barowi przydrożnemu na jakiejś bocznej drodze. Posiłek popijamy oczywiście Pepsi. Kurs bije po kieszeni - 47 dolarów za 5 osób w zeszłym roku (2.2zł/$) nie zrobiłoby na nas większego wrażenia. Dziś jest trochę inaczej.

Dostajemy tymczasem informację, że ksiądz Marek dojechał z chłopakami do parafii. Po drodze zabrał ich na kolację, teraz biorą się za rozpakowywanie skrzyni. My rozlokowujemy się w hotelu, Radek jedzie po chłopaków.

Wracając do okolicy - miasto (a właściwie szereg miast: Los Angeles, Hollywood, Santa Monica itd.) poprzecinane jest pasmami wzgórz. Jadąc z lotniska po raz pierwszy dostrzegliśmy słynny napis na wzgórzu: Hollywood. Z daleka wygląda dość ... słabo. Obawiamy się, że z bliska będzie jeszcze gorzej - jak wiadomo "nic nie wygląda z bliska tak dobrze jak wygląda z daleka". Za to wieczorem widok tysięcy światełek rozsianych po dolinie przywodzi na myśl te same widoki oglądane w amerykańskich filmach.

Radek dojeżdża do parafii. Na miejscu okazuje się, że Caliber + 5 osób + 4 główne bagaże + model to złe połączenie. Znów pomaga nam ksiądz Marek. Radek z Marcinem jadą Dodgem z modelem, resztę wiezie ksiądz Marek.

Ostatecznie koło 22:00 wszyscy lądują w hotelu. Samochodem obróciliśmy 85 mil, całkiem sporo jak na jedno popołudnie. Pomimo zmęczenia i trwającego 30 godzin dnia chłopaki biorą się ostro do roboty. Maciej zajmuje się witryną internetową, Adam szuka w Internecie wypożyczalni samochodów w okolicy, reszta zajmuje się doprowadzeniem modelu do stanu używalności. W tym względzie nieprzejednany jest Marcin twardo zaganiający do roboty pomimo zmęczenia. Nasza konsekwencja wynika z planów jak najszybszego oblatania modelu jeszcze w środę. Najpierw musimy kupić paliwo w sklepie modelarskim. Potem oblot na lotnisku Apollo XI. W tym czasie reszta ekipy ma się zająć znalezieniem i wypożyczeniem drugiego samochodu.

Po północy czasu lokalnego (9:00 czasu polskiego) powoli zmęczenie bierze górę.

Kończąc aktualną relację warto wspomnieć o śmigłowcu latającym nam nad głowami jeszcze przed świtem, koło 5:00 nad ranem. Ksiądz Marek mówi, że taki śmigłowiec to oznaka, iż policja szuka jakiegoś sprawcę strzelaniny - no cóż, jesteśmy w Los Angeles :-)

Od księdza Marka dowiadujemy się, że w okolicy mieszka Marek Małolepszy, znany polski pilot szybowcowy, zresztą uczeń Olka Kujawskiego - instruktora z Aeroklubu Poznańskiego. Bardzo ciekawi nas lokalne lotnisko Van Nuys (LA Metropolitan Airfield, przedstawione w filmie "16R" - bardzo polecamy BTW) - mamy nadzieję obejrzeć je z pomocą Marka. Ale to już w kolejnym dniach.

Tymczasem ... leje deszcz. Może trafiliśmy na porę deszczową? Wczoraj pogoda była bardzo ładna. No, może to jeden z tych 6 dni deszczowych w miesiącu, które zdarzają się w Kalifornii w marcu – tak przynajmniej się pocieszamy.

Kończąc relację zapraszamy na kolejną - być może już z opisem oblotu. Postaramy się umieścić ją w godzinach porannych czasu polskiego. Wieczorem na zaproszenie księdza Marka wybieramy się do niego na „nocne polaków rozmowy”. Pozdrawiamy z Los Angeles. Zobacz galerię z 3 marca.

2009-03-04 10:40 (19:40)

Albert Hammond śpiewał kiedyś „It Never Rains In Southern California”. A my mówimy - nieprawda! Rano obudził nasz szum padającego deszczu. I tak przez kolejne kilka godzin. Dopiero koło 10:00 powoli przestało padać. Prognozy nie są najgorsze, w przeciągu najbliższych 4 dni ma być pogodnie z nielicznymi obłokami, 18-19°C.

Co do standardu śniadań nie liczyliśmy na nic wielkiego, mając w pamięci zeszłoroczne doświadczenia. Ale to co zobaczyliśmy w dziś rano przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Trudno zresztą nazwać to śniadaniem. Jako komentarz niech może posłuży fakt, iż niektórzy w ramach śniadania ograniczyli się do dwóch kaw – reszty nie dało się zjeść. Ale nic to, damy radę!

Dziś ze wstawaniem było trochę gorzej. Prace nad modelem przeciągnęły się do godziny 3:00 w nocy. Ostatecznie przed południem wybraliśmy się do pobliskiej wypożyczalni Enterprise. Ceny wydały się przyjaźniejsze. Ostatecznie wybraliśmy Toyotę Highlander za $700/tydzień.

Pewnym problemem w przypadku zawodów SAE jest wiek studentów i dodatkowe opłaty pobierane przez wypożyczalnie od kierowców w wieku poniżej 25 lat. Enterprise życzy sobie dodatkowe $20/dobę. Dlatego kierowcami są Radek i Piotr Haberland, dyrektor Aeroklubu Poznańskiego, który wybrał się z nami do Stanów prywatnie w charakterze obserwatora.

Po zapakowaniu całej ekipy do obu samochodów pojechaliśmy na lotnisko Apollo XI. Nasz pilot Maciej odetchnął z ulgą - pas okazał się potężny 25x100 metrów. No tu to można latać. Co prawda obowiązuje ograniczenie lotów do wysokości 400ft ze względu na pobliski ruch samolotów komunikacyjnych, ale to specjalnie nie przeszkadza. Dosyć spore pole otaczające pas obrośnięte jest chaszczami i wysoką trawą - to na pewno uratuje życie wielu modelom amortyzując uderzenie o ziemię. I co bardzo ważne dla pilota - obszar dostępny dla publiczności jest znacznie oddalony od pasa - pilot nie czuje przez to "oddechu widzów na plecach".

Kolejnym etapem jest pobliski sklep modelarski, w którym kupujemy rozwiertak i bańkę paliwa modelarskiego. Paliwa nie można było przewieźć przez granicę, a jest ono do oblotów niezbędnie potrzebne. Okazuje się, że nie jesteśmy w sklepie sami - na ladzie widnieją dwa samoloty reprezentacji Wenezueli, sprzedawca pomaga im szybko je dokończyć. Po kilu minutach zwiedzania stwierdzamy dość słabe wyposażenie sklepu, modelarze mówią: "bieda".

Teraz czas na coś na ząb. W Burger Kingu wciągamy podwójne Whoopersy popijając oczywiście słodkim ulepkiem w rodzaju Fanty. Co myślimy o tego typu jedzeniu opisaliśmy w zeszłorocznych relacjach - nic dodać nic ująć. Brutalne realia ekonomiczne są nieubłagane - ale tydzień jakoś wytrzymamy.

Wracamy na lotnisko. Radek z Piotrem jadą obejrzeć pobliskie lotnisko Van Nuys znane z filmu "16R".

2009-03-05 0:10 (9:10)

Na lotnisku pojawiają się ekipy z Portoryko i Wenezueli wraz ze swoimi modelami. Jeden z nich ma nawet zmienny wektor ciągu, wydaje się jednak iż nie było to działanie zamierzone konstruktorów. Podczas prób regulacji silnika rozkręcone śmigło ich samolotu przestaje stanowić jedność z resztą samolotu - na szczęście członkowie naszej ekipy przypatrują się zdarzeniu zza maszyny, nikt nie obrywa. Mimo problemów Portorykańczykom udaje im się szczęśliwie wykonać jeden lot.

My tymczasem dwukrotnie zmuszani jesteśmy do chowania modelu w samochodzie ze względu na intensywne opady deszczu i towarzyszący im silny wiatr. Ostatecznie jednak po 2 godzinach przygotowań, o godzinie 17:00 model jest gotowy. Po krótkim rozbiegu model jest w powietrzu. Maciej robi dwa kręgi i podchodzi do lądowania. Ze względu na mocno napompowane kółka i niewielki ciężar ładunku po lądowaniu następuje seria "kangurów". Szczęśliwie nie dochodzi nawet do uszkodzenia śmigła. Tego typu uszkodzenie nie jest niczym nietypowym, ze względu na niskie ceny śmigieł często poświęca się je zachowując minimalny prześwit między gruntem a śmigłem.

Po locie mamy pewność, że model lata poprawnie, choć i tak dosyć szybko. Drobne poprawki będą dotyczyć tylko miejsca montażu obciążenia i sterowania lotkami.

Tymczasem na lotnisku VanNuys Radek z Piotrem odkrywają klimatyczną, lotniczą restaurację 94th AeroSquadron. Ceny dość przystępne, no i jakość produktów wydaje się być nieporównywalna z fast food'ami. Być może jutro spróbujemy skonsumować tam obiad.

Pod wieczór jedziemy jeszcze do HobbyHouse - sklepu modelarskiego. Radek ślini się na model śmigłowca Blade MCX. Rzeczywiście model lata bardzo stabilnie. Po puszczeniu sterów zachowuje spokój, którego nie zakłóca nawet wytrącenie go ze stanu równowagi (np. popchnięcie palcem). Radek powinien sobie dać z nim radę. W końcu jednak rozsądek zwycięża i do zakupu nie dochodzi. Ale zostało jeszcze kilka dni ... Szkoda, że tegoroczny kurs dolara tak znacznie odbiega od zeszłorocznego :-( Pozostali modelarze kupują jakieś gadgety, których przeznaczenia niemodelarska część ekipy nie jest w stanie zgłębić.

Wychodząc ze sklepu modelarskiego trafiamy do spożywczaka, w którym spotyka nas miła niespodzianka - polski ekspedient. Kupujemy trochę Lebens Mittel - wydaje się, że nie uda się zaspokoić głodu śniadaniem hotelowym.

Po krótkiej wizycie w hotelu pomykamy już autostradą numer 10 w kierunku LA. Na "wieczorne Polaków rozmowy" zaprosił nas ksiądz Marek. Podziwiamy budynek probostwa, wykonany bardzo solidnie i wykończony pięknie drewnem. Przegadujemy prawie dwie godziny w bardzo miłej atmosferze. Główny temat: społeczeństwo amerykańskie - bardzo ciekawe wnioski i spostrzeżenia. Po 23:00 widać jednak, że część ekipy "odpływa" - zmęczenie i przestawienie czasu daje znać o sobie. ?egnamy się zatem z konieczności i obdarowani jeszcze smakowitym makowcem na pożegnanie ruszamy z powrotem do hotelu. Ksiądz Marek zaprasza nas jeszcze na mszę w niedzielę na 18:30, proponuje też wieczorne zwiedzanie Hollywood.

Stan licznika wskazuje, że zrobiliśmy dziś niezły dystans: 112 mil.

Po północy zapadamy wreszcie w błogi sen ...

2009-03-05 21:00

W okolicach godziny 8:00 wkradające się do naszych pokoi promienie kalifornijskiego słońca rozpoczynają kolejny dzień pracowitych przygotowań do zawodów. To jest wreszcie to, co może ogrzać nasze stare, zmęczone zimą kości. W nadziei, że czekające na nas śniadanie będzie tak samo dobre jak pogoda, udajemy się wszyscy na posiłek.

Pokrzepieni porannymi smakołykami oraz wczorajszym udanym lotem, zabieramy się do wprowadzania niezbędnych poprawek w modelu, aby przygotować do lotu bez obciążenia. W tym celu Marcin instaluje w przedniej części kadłuba dodatkowy pakiet akumulatorów, który przesunie lekko środek ciężkości, poprawiając zachowanie modelu w trakcie lotu. Na zdjęciach i filmie z oblotu zauważamy, że zastosowanie mocniejszych serw nie wyeliminowało do końca problemu wyginający się ku górze lotek. Cienki plasterek sklejki powinien skutecznie rozwiązać problem.

W tym samym czasie Wojtek i Krzysztof łamią sobie głowy, jak zachwycić jury podczas jutrzejszej części merytorycznej. Zadanie to nie należy do łatwych. Model trzeba bowiem obronić w języku angielskim przed obliczem inżynierów z Lockheed-Martin. W ich przygotowaniach nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że robią to w aucie, pilnując ładujących się tam, z wykorzystaniem przetwornicy, baterii do wkrętarki akumulatorowej (problem 110/220V w USA).

Radek z Piotrem wybierają się tymczasem do Santa Monica na rekonesans. Kurort nadmorski nad Pacyfikiem. Coś zupełnie innego, niż to, co do tej pory widzieliśmy w Kalifornii. Zabudowa, klimat i roślinność przywołują skojarzenia z rejonem Morza Śródziemnego. Jedzenie w brytyjskiej restauracji Ye Olde King's Head wreszcie przypomina bardziej europejskie posiłki, niż amerykańskie hamburgery. Knajpa ma niezłą reputację, ze zdjęć na ścianach spoglądają na nas znane postaci - klienci restauracji: Tom Hanks, Ronald Reagan, Margaret Theatcher, Elizabeth Taylor, Rod Steward, Anthony Hopkins i inni tacy tam (patrz zdjęcia w menu History na stronie reastauracji). No, było nie było - to taki amerykański Sopot ta Santa Monica. Tym bardziej że Hollywood o rzut beretem stąd, nie to co te setki kilometrów i kiepskie drogi między Łodzią a Sopotem :-)

Na drogach, zwłaszcza na hajłejach 10 i 405, ograniczenia prędkości do 55-65 mil/godz. Kalifornijczycy zasuwają jednak znacznie szybciej, nawet 70-80 mil/godz. Trzeba tylko uważać na policyjne samochody z kamerą. Ponoć wyłuskują nawet pojedyncze samochody z tłumu jadącego z jednakową prędkością przekraczającą limity. Ciekawym zjawiskiem jest skrajny lewy pas, którym mogą jechać samochody z 2 lub więcej osobami na pokładzie. Zwykle jest on pusty, amerykanie podróżują pojedynczo. Tym samym podczas korków śmigamy często lewym pasem. Kara za jazdę w pojedynkę tą nitką - $341.

Już w komplecie ruszamy na obiad. Tym razem wybieramy restaurację 94th AeroSquadron położoną przy lotnisku Van Nuys. Jedzenie dobre, choć niektórzy narzekają, że za mało. Za oknem potężny ruch, co chwilę coś startuje albo ląduje na pasie, albo 16L albo 16R.

Przemieszczamy się na lotnisko modelarskie, na którym spotykamy ekipę Politechniki Rzeszowskiej. Model ładny, wykonany starannie. Gumy podwozia lśnią jeszcze świeżością, nieskażone asfaltem przy okazji oblotu - wszystko jeszcze przed nimi.

Obserwujemy pokaz akrobacji na śmigłowcu Trex 700 - robi wrażenie. Do stołów modelarskich przybiega mały wiewiór nic sobie nie robiąc z obecności ludzi.

Pojawia się informacja, iż wymogi formalne ograniczają możliwość wykorzystania łoża silnika zawierającego dodatki włókien szklanych i węglowych. Organizatorzy twierdzą że użyte przez nas łoże zawiera tego typu dodatki. Pada blady strach na ekipy - niemal wszyscy używają tego typu łoża. Palce zacierają właściciele okolicznych sklepów modelarskich - uczestnicy zawodów przypuszczają szturm w poszukiwaniu łóż. Maciej z częścią ekipy zostaje na lotnisku przygotowując model do oblotu bez obciążenia. Reszta rusza w poszukiwaniu łoża.

W pierwszym sklepie spotyka nas zawód - uprzedziły nas inne ekipy, aluminiowych łóż już nie ma. Korzystając z internetu na miejscu spisujemy lokalizację dwóch innych sklepów i wykonujemy telefony celem sprawdzenia dostępności części.

Tymczasem Maciej wykonuje lot. Model odrywa się po 5 metrach. W powietrzu silnie tarmosi nim wiatr - jest bardzo lekki. Lądowanie okazuje się problemem - model niesie się i niesie, nie chcąc wylądować. Zresztą cały lot i tak wykonuje na przerywaczach - lotkach uniesionych do góry.

Zadowolenie duże - plan zrealizowany. Oprócz oblotu w Polsce udało się nam wykonać jeszcze dwa loty na miejscu, co pozwoliło Maciejowi zapoznać się ze specyfiką lotniska i zachowaniem modelu bez obciążenia.

Tymczasem studenci z Politechniki Rzeszowskiej odnotowują twarde lądowanie podczas prób oblotu. Szczęśliwie w trawie, miejmy nadzieję że obyło się bez większych uszkodzeń.

Tymczasem Radek wraca na lotnisko. Bierzemy oba samochody i ruszamy w poszukiwaniu łoża silnika. Ostatecznie obu ekipom udaje się dostać po jednym łożu. Jakkolwiek jedna z ekip dociera do sklepu modelarskiego minutę po zamknięciu i całuje klamkę. "Szczęście było tak blisko, lizaliśmy cukierek przez szybkę". Gestykulacjami udaje się jednak przekonać sprzedawcę zza szyby do kolaboracji.

Po powrocie do hotelu modelarze zabierają się za montaż łoża, konstruktorzy skupiają się opracowaniu prezentacji. Reszta właśnie kończy tworzyć dzisiejszą relację.

?ycząc miłego dnia, powoli przygotowujemy się do snu.

 
do góry

 
Zlot Gigantów 2018
Grupa Akrobacyjna Żelazny
Oœrodek Szkolenia Lotniczego Żelazny 6
Rezerwacje obeiktów sportowych (squash, tenis, bowling) w ramach Studium Wychowania Fizycznego Politechniki Poznańskiej
Beata Choma
Latanie precyzyjne. Aeroklub Poznański
77 Szkoła Bezpiecznego Latania
SAE AeroDesign Politechnika Poznańska
Gliding Team Klinika Kolasiński
www.aerofoto-kaczmarczyk.com
Akademicki Klub Lotniczy Politechniki Poznańskiej
Akademicki Klub Lotniczy UAM
lotniczapolska.pl
CityZen
QR www.aeroklub.poznan.pl